Podobnie jak kolega R. od reportaży, ja też czytam seryjnie, tyle że nie reportaże a książki o Wielkiej Wojnie. Sto lat to akurat dobra okazja, żeby coś zrozumieć. (Nawet „Czarodziejska góra” też należy do tej serii).
Bez Wielkiej Wojny nie byłoby tego całego ciągu tragedii, które wydarzyły się w poprzednim stuleciu, bo to ta wojna oswoiła Europejczyków z masową śmiercią i jej absurdem. (Końcowy wyimek z Adolfa Hitlera dobitnie o tym świadczy). Opowieści zebrane przez Englunda dobrze to pokazują – fragmenty zapisków świadków masowych egzekucji, rzezi w okopach, agonii w polowych szpitalach. O ile „Taniec furii” usiłował tworzyć socjologiczne uogólnienia, Englund przygląda się losom pojedynczych postaci.
Pozwala dopisać historie nazwiskom z tabliczek na cmentarzach Beskidu Niskiego albo Wyżyny.
Oczywiście generałowie dostaną pomniki i ulice (bo są – jak zwykle – bohaterami), ale Englund uświadamia, że to była wielka wojna zwykłych ludzi, których nagle, bez ostrzeżenia (może ostrzeżeniem było to przedwojenne ennui?) zaskoczyła historia.
Jest taki obrazek w „Pięknie i smutku wojny”, gdy włoski strzelec górski przygląda się dzień w dzień rozkładowi ciała Austriaka, z którego ubrań wyjął zdjęcie jego ukochanej. Taka metafora: rozpada się świat sprzed Wielkiej Wojny i wszystkie jego wartości. Człowiek przestaje być osobą, staje się częścią machiny, niczym wobec systemu.
(Całkiem banalne moje wnioski, za to książka rzeczywiście wstrząsająca. Tylko, proszę, rozróżniajcie baraki od koszar.)

1 Comment