Dziennik (06/12/13)

 

(Ksawery)

Doczekał się.
Najpierw przyszło krzesło i zapukało do drzwi balkonowych. Z tamtego kąta wprost w ten kąt. Hortensje przelatywały na horyzoncie i zdawało mu się w środku nocy, że wyrwie balkon z korzeniami. Nie spał, żeby łapać bezbronne sikorki.

Potem przyszedł śnieg. Widok właściwie miał nieciekawy (w tym urzędzie, gdzie konferencja, akurat nikt nie chciał podłożyć bomby), więc nawet się ucieszył, że widok zniknął. Było tak biało, że nic nie widziałam – opowiadała mu potem kobieta w kwiaciarni.

Dotąd nie wie, jak odnalazł drogę do domu i do komputera.

 

(Jezus)

Pomyślałem: Jezus. Gość miał kaszkietówkę w barwach biało-czerwonych a ja czapę ze sztucznego futra. Stałem, niosąc ważne dokumenty, przed witryną „Czytelnika”, kiedy podszedł i spytał o coś niewyraźnie. Nie, nie mam – odpowiedziałem wyraźnie, domyślając się pytania. Poszedłem na dziennik podawczy, śnieg wtedy jeszcze wisiał w postaci ciemnych obłoków nad miastem. A może to jednak Jezus? – pomyślałem. No zdarza się, nie? Wróciłem z dziennika podawczego i myślałem, czy go szukać. Znalazł się sam. Stał w monopolowym, ale nie miał pieniędzy. Mówię mu, pachniał denaturatem, że pójdę z nim do spożywczego, co chce niech kupi. Poszliśmy. Kobieta z trwałą popatrzyła z przekąsem, kiedy wybierał między wędliną pakowaną pod próżnią: Znowu tu jest! Ochroniarz kiwnął porozumiewawczo: Z nim przyszedł! Długo wybierał, aż do pierwszych płatków za oknem, więc z satysfakcją obserwowałem wzbierający przekąs kobiety z trwałą. Potem się rozstaliśmy.

(Tak wygląda jedna z możliwych wersji. Kto w tym śniegu może pamiętać, jak było naprawdę?)

 

(Calineczka)

Po tej nudnej konferencji wsiadłem do autobusu. Wtedy padało trochę mniej, ale padało. Wsiedli na następnym. Dziwna to była para. On, chłop wielki jak kamienica, z rudą brodą jak batiuszka, ona jego córeczka – Calineczka. Może gdyby ów brodacz był niższy, nie wydałoby się to dziwne, ale dziecko, takie siedmioletnie, w jego skali wyglądało na miniaturkę. Postali chwilę na środku a potem znaleźli miejsce przy trzecich drzwiach. Tom! tom! – pomaszerował mężczyzna, tink! tink! tink! – drobnym krokiem pobiegła za nim dziewczynka.

 

(Jacek)

Mikołaj, to znaczy A., zaskoczył mnie wczoraj, jak dzisiejsza zima, zapewne, drogowców. Płyta Jacka Kleyffa „Znalezienie” zaskakuje przyjemnością słuchania. W ogóle prawdziwego barda od barda nieprawdziwego odróżnia sposób opisywania ludzkiego życia. Tutaj w piosence „Sandomierz” tę różnicę słychać doskonale, bo Kleyff jest bardem ze starej dobrej szkoły bardów. Słuchałem „Sandomierza” i zacząłem pod ten rytm śpiewu wymyślać nowe słowa. Ale wymyśliłem tylko dwa wersy, a potem już przyszedł wiatr i zająłem się wiatrem:

Stoję przed kantem, stołu nie Immanuelem:
Mówiła A., gdy wyłączyłem światło. 

 

(Marcin)

Pisemny sobie bardziej się podobam. Stanowczo bardziej niż, gdy spotykam siebie twarzą w twarz. Rano w łazience nie mówię sobie „Dzień dobry!” Pisemny sobie bardziej się podobam, wtedy przestaję być zwyczajny, staję się fantastyczny. Nie słychać wcale, że coraz częściej mówię brzydkie słowa. I miewam humory, i nie odpowiadam na telefony. A pisemnie zawsze.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s