Publicystyka. Nasze Kongo

Kiedy coś dzieje się na Ukrainie, w Polsce rozpala się wyobraźnia. Oświetlimy pałac na niebiesko i żółto, zmienimy na niebiesko i żółto tapety, podpiszemy apel, jakby nagle ożywiała się w nas jakaś ukryta, dziedziczona tęsknota.

Cała polska polityka wschodnia, ta której założenia uzasadniała paryska „Kultura”, ta, którą nazywa się ideą jagiellońską, bierze się z niczego innego tylko z tej tęsknoty za naszym stepem, za dworkami, w których młody Szymanowski zabawia rozmową młodego Iwaszkiewicza, za jakimś wyimaginowanym krajem naszej przeszłości.

Myśl, że jesteśmy Ukrainie do zbawienia koniecznie potrzebni, jest nam droga i pielęgnujemy ją od prawa do lewa. Tak bardzo, że o ludobójstwie nie potrafimy powiedzieć, że to ludobójstwo. Wiele jej wybaczamy, bo wierzymy, że sobie bez nas nie poradzi, ta nasza młodsza siostra, córka nasza. Patrzymy na nią dobrym okiem jak magnat na czarnoziemach patrzył na swojego chłopa.

Potrzebna nam jest dobra, nasza Ukraina, bo za nią czyha zła Rosja, której nie lubimy. Dlatego tak potwornie jesteśmy naiwni, tak wierzymy, że oni chcą do nas, że nas potrzebują, że czują taką samą tęsknotę. (A może nie czują? może się wciąż wtrącamy?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s