
Myślę, że to wyjaśnia, czemu muszę teraz o sztuce.
Opowieść Arasse jest pasjonująca, zwłaszcza, że ja na sztuce się nie znam. Przez to, co strona to odkrycie jakieś. Dwie zakładki w książce (używam paragonów z kawiarni): obok tekstu, są jeszcze ilustracje. Przegląd nazwisk i galerii.
Hans Holbein, Ambasadorowie
Studiuję uważnie. Powtarzam A. dla utrwalenia co ważniejsze fragmenty. Doskonale się nadają do popisywania się przed gośćmi na proszonych przyjęciach (tylko gdzie te przyjęcia?)
O ile o filmach już jako taką wiedzę posiadam, o tyle wciąż zadziwia mnie umiejętność narracji o malarstwie, które sam zwykle – w przeciwieństwie do muzyki i literatury – uważałem za niższy gatunek sztuk. Tymczasem Arasse pozwala dostrzec rzeczy, które oglądającym umykają, tak jak powyżej u Hansa Holbeina (zagadka w tym obrazie jest piorunująca, chociaż wymaga lustra i to ustawionego pod kątem 27 stopni).
Takie spoglądanie wymaga zatrzymywania się przed obrazami a nie przemykania po salach muzeum, chociaż nie da się zobaczyć wszystkiego a moje wizyty w galeriach kończą się zwykle poczuciem zawodu. Staram się zapamiętać przynajmniej to, co najbardziej przykuło uwagę (czy to tytułowym detalem, czy motywem, czy po prostu urokiem.) Tymczasem nie kończą się sale Flamandów, a tu – patrz! – Veronese, a tam jeszcze niemieckie z szesnastego stulecia. Za dużo obrazów, za mało czasu. Panie zza krzyżówek spoglądają z niepokojem, nieważne czy to Palermo, czy Budapeszt.
Ale czasami tęsknię za obrazami. Mam ochotę zatopić się w jakichś smukłych Maryjach, we flamandzkich pejzażach, jeszcze raz przyjrzeć się czemuś (tak zwykle rodzą się plany podróży).
Urzeka mnie jedna z ilustracji w tomie Arasse. Oczarowuje. Jean Jules Antoine Lecomte du Nouy nie pojawia się w kieszonkowych wydaniach historii sztuki. Być może nawet słusznie. Ale cóż? Oderwać się nie mogę. Bez powodu.
Du Nouy, Biała niewolnica

(Myślę, że to kwestia koloru oczu.)
