(autobus poranny)
A. twierdziła, że mi się spodoba ten język, taki plastyczny. A jednak ja wyczuwam w nim pretensjonalność (i wiem o czym piszę, bo pretensjonalnym językiem, pełnym syntaktycznych udziwnień posługuję się całkiem biegle). Chyba najlepszym przykładem jest tutaj rozdział poświęcony rewolucji, rozpisany na role jak dramat. Jakby forma dominowała nad treścią. Brakuje mi w tym pisaniu autentyzmu.
Czyta się całkiem szybko, tym bardziej, że pierwszy października i autobus się wlecze aż do strony osiemdziesiątej pierwszej.
Do Bukaresztu nie dojadę, chyba że opisze go jeszcze ktoś inny.
(autobus popołudniowy)
Dla autorki nie mają znaczenia liczby: taka obserwacja.
Charakter narodowy. Okazuje się, że mamy do czynienia z kolejnym narodem, który chciałby być wielki. W tej części Europy to całkiem normalne. Odwoływanie się do chlubnych czasów „przed”, które nie są chlubne. Rumuni do dziś pamiętają legionowe piosenki.
I aborcja. Już wydawać by się mogło, że oskarżone jest prawo, które wprowadziło całkowity zakaz i zmusiło kobiety do nielegalnych zabiegów, gdy nagle autorka pokazuje traumy osób, które nie zostały „wyskrobane”, traumy matek zapalających świeczki w cerkwiach, i dzisiejsze wskaźniki urodzin. Udaje się ten rozdział autorce, bo zastanawia.
Nadal nie chcę do Bukaresztu, ale im dalej tym narracja lepsza.

2 Comments