„Ja, Feuerbach”, Teatr Ateneum

 

W przeciwieństwie do większości wybieranych przeze mnie spektakli, tym razem nie miało być śmiesznie. Nakłonił mnie pan, który nagabywał nas w środę do zakupu karty stałego widza do jakiegoś prywatnego teatru specjalizującego się w komediach. Mogłem mu odpowiedzieć tylko wybierając dramat.

„Ja, Feuerbach” jest dialogiem. Oczywiście na jego pierwszym planie jest teatr. Kontrast między starymi a nowymi czasami. Dziś w erze lansu i celebrytów ten kontrast jest aż nadto widoczny. Stają naprzeciw siebie aktor z powołania i asystent reżysera z przypadku. Mówią zupełnie innymi językami: pierwszy o rzeczach wielkich, drugi… właściwie o niczym, bo niewiele ma do powiedzenia. Pod swoim luzactwem i modną czapeczką skrywa pustkę. Ten reżyser może być figurą wielu dzisiejszych artystów: i tych znanych z tego, że są znani, i tych pokazujących genitalia na symbolach religijnych i dorabiających potem śmieszną ideologię.

(Czytałem, że poprzednia inscenizacja była grana jako monodram. Musiała być więc sztuką o czymś innym!)

Ale nazwisko Feuerbach każe mi, po ostatnich lekturach Śpiewaka i Halika, inaczej odczytywać cały spektakl. Pytanie o Boga pojawia się na scenie raz, ale czy ów nieobecny reżyser nie jest metaforą milczącego i zakrywającego swoją twarz Pana B.? Pozostawiony sobie samemu człowiek coraz bardziej popada w szaleństwo: nie ma reżysera, więc nie ma nawet kogo spytać: co grać i jak grać.

(Bardzo słusznie należą się brawa na stojąco Piotrowi Fronczewskiemu. Sernik w kawiarence po raz drugi pyszny.)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s