Marcin Wroński, Pogrom w przyszły wtorek, WAB 2013

Do strony dziewięćdziesiątej nie wciągnęło mnie: niedobrze.

Przynajmniej tu ten na nowo ruchliwy, pełen ludzi Lu. nie przypominał Maciejewskiemu trupa, na którym kłębi się robactwo. Co nie znaczy, że wydawał się mniej obrzydliwy. Lu. okresu wielkiej trwogi opisywany jak zawsze bez zarzutu. Moja historia z Lu. zaczyna się właśnie wtedy: za kilka lat przyjadą do niego I. i H. Może to wina zdjęć ze starych albumów Zugaja, ale zawsze czuję sentyment do tego Początku, powstającego ZOR Zachodu, dymu papierosowego w „Sztandarze Ludu”, wielkiej fabryki przy Mełgiewskiej. Miasto niepoetyckie, czarno-białe.

Może nie zasługuje kryminał Wrońskiego na nagrodę w dziedzinie kryminalistyki, ale laury w dziedzinie opisywania miasta, jego atmosfery, jego topografii (choć błędnego nazwania Czechówki Czerniejówką na s. 238 nie mogę wybaczyć), ba, nawet jego odoru – zdobyć powinien. Zresztą już po raz piąty.

Za to od strony sto pięćdziesiątej wciąga tak bardzo, że ma się ochotę porzucić obowiązki służbowe.

Dziwię się, że kolejny tom historii o komisarzu Maciejewskim nie wywołał w Lu. poruszenia. Nie odezwały się dzwony, radni nie zaczęli grzmieć: antysemityzm w Lu.? Jaki antysemityzm?

Dodaj komentarz