Okoliczności: Sala numer sześć szeleściła, mlaskała i ciamkała. Ta kobieta obok, taka większa, w niebieskim, nachosy i sosy. (Potem pomyślałem, że je, bo smutna a smutna, bo sama).
Film: Istnieje więc inne miasto od miasta tego, w którym jeżdżę metrem. Antymiasto, do którego wejście prowadzi przez bar u Chińczyka. Miasto ku..w i złodziei.
Smarzowskiemu udało się uchwycić to, o czym ciągle w naszych rozmowach: powszechne przyzwolenie na nieuczciwość. Bez uczciwej pracy lotniska zawsze będą rozpadały się pół roku po budowie, asfalt rozpływał po większym deszczu a ustawy nadawały do Trybunału Konstytucyjnego zaraz po uchwaleniu. Ten śmiech w sali numer sześć, ten rechot, nie na miejscu, pewnie dlatego potem ucichł. Rozpoznali siebie w tych wyrzucających śmieci do lasu? Wręczających dwie stówy w prawie jazdy? A może ustawiających przetargi? (A w tle też nasza religijność, która niczemu nie zapobiega, bo ogranicza się do papieskich chorągiewek.)
Poseł Mariana Dziędziela żywcem wyjęty z Wiejskiej lub gabinetu wiceministra. (Dlaczego o „Pokłosiu” mówiono, że antypolski, a o filmie o Antypolsce już nie?)
To A. stwierdziła, że Smarzowski w każdym filmie przyjmuje inny sposób narracji, używa innych środków, a i tak wychodzi mu majstersztyk. Tu niesamowicie wplecione inne sposoby filmowania (z ręki, z komórek, z kamer przemysłowych). Montaż! Thriller godny skandynawskich pisarzy kryminałów.
O ile „Dom zły” albo „Róża” jest narracją o czymś dalekim, o tyle po wyjściu z „Kinoteki” do Miasta-Antymiasta poczułem dreszcze.
Słowa klucze: Plac Wilsona, sajgonki na ostro, ulica Floriańska
Ocena: 4,0/4,0
