Zmięty mężczyzna wybiegł ze sto siedemdziesiąt osiem,
wybiegł i przeciągnął się na przystanku.
Akurat zabierali bombki, cukierki, światełka, cudeńka te,
wszystko to, co z Wa. czyniło miasto z niemieckiego folderu:
ciepluteńkie, słodziuteńkie, aniołkowate. Teraz na powrót
na mrozie była Wa. zimną suką, tym, czym była naprawdę.
Na nieziemskość jej rzęs zareagowali menele:
gdy tylko wstała do wyjścia, poczęli się oblizywać.
Nawet nie spojrzała, drzwi otworzyły się i wyszła.
Na przystanku przeciągał się zmięty mężczyzna.
