To była prawdziwie męska przygoda,
bo ranek wymagał odwagi:
najpierw odnaleźć auto pod zaspą numer pięć.
Nie dać się znieść z każdym z kilometrów trzydziestu na godzinę,
zanurzyć się w śnieg
z dala od dziewcząt serwujących sorbet,
gdzie tylko wielbłądy o obolałych łydkach
i autobusy przy cmentarnych bramach.
Usilnie w przedniej szybie chciałem coś zobaczyć,
wycieraczki wymachiwały piórami, wyło ogrzewanie.
Ktoś mi urwał tylną tablicę, więc anonimowo wpychałem się przed pługi.
To była prawdziwie męska przygoda:
nie zdążyłem nawet na Żurawiej kawy.
Schowałem się w rękawiczkach:
blade słońce na tle statoila.
