Mimo że „Siostra twojej siostry” jest stanowczo filmem prorodzinnym, nie powinni jej oglądać biskupi obecni na zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski we Wrocławiu, choćby z błahego powodu, że prezentowane w filmie związki raczej są partnerskie niż małżeńskie. Poza tym występuje w nim – o zgrozo! – lesbijka oraz pojawia się prezerwatywa.
W ogóle to nakręcić pozytywny film nie jest łatwo. Może dlatego tak piszę, że jestem wybredny. Na przykład H. zachwycała się „Hotelem Marigold”, a ja zniosłem go tylko i wyłącznie dlatego, że z lecącego samolotu (w przeciwieństwie do kina) nie da się wyjść. „Siostra twojej siostry” wprawiła mnie w nastrój błogi, zupełnie inny niż przez ostatnie, przygnębiające dni.
Tak pozytywny był to film, że nuciłem melodię finałową aż do Placu Zbawiciela. W sumie oglądało się w nim trójkę bardzo sympatycznych bohaterów, szczelnie zamkniętych w jedności czasu, miejsca i akcji. To między nimi rozgrywała się opowieść, mocno teatralna. Kamera wpatrywała się w nich, łapała gesty, słowa, mimikę. Dużo dobrego robiły zdjęcia, przyroda też działała kojąco.
Mnie bardziej podobała się Emily Blunt (filmowa Iris), A. – Rosemarie DeWitt (Hannah). Kto obejrzy lub obejrzał ten zrozumie bon-mot ukuty przez A. na stacji Politechnika: Dobry film musi być z dobrą d..ą.
Słowa klucze: masło orzechowe, kłaczki, czerwony rower, wegańskie puree
(4,5/5,0)
