(„Nie widać nic” Daniela Arasse jest wydawnictwem ponadprzeciętnie drogim, co nie oznacza, że nie warto. Eseje o obrazach opatrzone są ich reprodukcjami, co wcale nie jest powszechną praktyką nawet w bardzo porządnych edycjach (vide: polskie wydanie Susan Sontag o fotografii). Niemniej do jakości papieru użytego w okładce książki można mieć zastrzeżenia, bo ściera się pod palcami. Posiadanie książki, jak twierdzi H. a ja się z tym zgadzam, jest równie ważne jak jej przeczytanie.)
Książka jest właściwie zachętą do oglądania, do wyjścia – w spojrzeniu na obrazy – poza ramy opracowane w przewodnikach po galeriach, które każą zawsze widzieć to samo.
Mógłbym nawet powiedzieć, że tę nowatorską metodę spoglądania na dzieło sztuki przećwiczyliśmy ostatnio w Rzymie, choć musiałbym wtedy przyznać, że brakuje mi erudycji autora, pozwalającej na zobaczenie, tego czego nie widać. A nie widać nic.
