Zwolnienie powinno służyć czytaniu. Służy jednak bezmyślnemu układaniu pasjansów w nokii. Czytanie jak po grudzie(ń). A. szybciej niż ja skończyła „W cieniu zbrodni” Heleny Henschen.
Znowu przeniesienie w świat obrazów Carla Larssona. Wiejska willa. Schludne dzieci siedzą przy stole i czekają na leguminę, ojciec i matka patrzą poważnie, acz z czułością. Tak wygląda sielanka w pastelowych barwach. Autorka „W cieniu zbrodni” jest jak konserwator zabytków, który spod pastelowego obrazka odsłania ciemne kontury, jakiś niepokój przykryty codziennymi rytuałami.
Książka Henschen jest pół reportażem, pół kryminałem. Dla mnie szczególna, bo dzieje się na mapie Sztokholmu, którego topografia, od zeszłej zimy, zapisana w mojej wyobraźni. Krążę po zaśnieżonych, pustych ulicach i próbuję odnaleźć rezydencję von Sydowów, kawiarnię, gdzie spotykali się Sofia i Fredrik, bo kościół Klary, wiem, gdzie jest.
