Zaczyna się od fenomenalnego fotograficznego poematu ku czci Buenos Aires, którego nieład przestrzenny ma odzwierciedlać nieuporządkowanie wśród ludzi i które odwróciło się od rzeki (czy to nie jest film o Wa.?) Brzydota miasta i tam, i tu bardzo fotogeniczna. W ogóle brzydota miast jest fotogeniczna (patrz wpis o blokowiskach). „Medianeras” (po polsku to byłyby chyba „Ślepe ściany”) niesamowicie są plastyczne, architektoniczne i urbanistyczne (zapalanie świateł na antenach do melodii przepiękne.)
Oprócz architektury jest fabuła. Może pachnie Woodym Allenem, ale ma w sobie to coś, co nie pozwala oderwać oka i ucha. Prosta to fabuła jak z wiersza Szymborskiej, o obojgu, co są przekonani, że połączyło ich uczucie nagłe.
Nie trzeba się wysilać, ciągnąć długich ujęć i filozoficznie rozmywać widok morza, jak w „Mangrove”, żeby zrobić film wciągający i zgromadzić pełną salę zadowolonych widzów.
Oczywiście dokonaliśmy od razu utożsamienia z głównymi bohaterami.
(5,0/4,5)
