Lubię kino chińskie, malarskie.
Nawet jeśli „11 kwiatów” było ostatnim filmem niedzieli a ciśnienie spadało i nastrój od pewnego czasu był niezbyt, niezbyt, to warto było pozostać w opustoszałej sali nr 7.
Oglądałem go jako przypis do „Prowadzących umarłych”, ale też kojarzył mi się (przyznam, że bardzo dalekie skojarzenia moje) z „Maleną”.
(4,5/4,0)
