(Książki, których lekturę odkładam na koniec mają pecha. Trafiają pod lampkę, wyczekują, a potem A. zgarnia je do biblioteczki przy okazji odkurzania.)
Zawiodłem się na najbardziej wyczekiwanej książce tej jesieni, tomie pierwszym „Dzienników” Edwarda Stachury (rewelacyjna obniżka w księgarni Matras, mimo że to nowość):
- Rozumiem, że jest to wybór, że działać musi cenzura edytora (w końcu niektórzy bohaterowie jeszcze żyją), ale ingerencje w całość można by jakoś oznaczać np. kursywą.
- Przypisy nader skromne. W przeciwieństwie do wspaniale opracowanych „Listów do pisarzy” i „Listów do Danuty Pawłowskiej”, „Dzienniki” są tekstem bez objaśnień, choć aż się prosi, aby dopisać, czyje to mieszkanie, jaki dom kultury, aby dodać biogram.
- Brak informacji o rękopisach. Z dwudziestu siedmiu zeszytów oraz dopisków, zapisków, itp. powstają dwa tomy. Opis tego, jak wydruk ma się do rękopisów jest jednak bardzo cenny w wypadku dziennika.
