Co jakiś czas zasiadam w galerii, aby obserwować ruchy Browna. Pod mango albo zarą, zależy co ciekawego i gdzie mają ławki (w obuwniczych wewnątrz, tam miękkie fotele i upojny zapach). Siedzę i obserwuję w niedzielne popołudnia. Przewijają się małżeństwa i konkubinaty, z niedowagą i otyli, dzieci płci obojga, czasem jakieś zwierzę. Pod czujnym okiem kamer przemierzają korytarze, żeby znów dojść do tego samego punktu, wcale się nie dziwiąc. Można – z perspektywy ławki – porównywać ich obuwie, klasyfikować reklamówki, nasłuchiwać urywków zdań: żony się tłumaczą, mężowie, że zaczekają, dzieci chcą na lody albo chcą na frytki. Rekordziści przed moją ławką (zależy, czy kolejka w przymierzalni) potrafią się pojawić dwa albo trzy razy.
Kiedy ich spytać dokąd, nie wiedzą. Straszna pustka w oczach.
