(Omawianie najświeższych zakupów zacząć muszę od coming-outu. Dotychczas nie traktowałem tego jako prozy, ale z uwagi na pewne uwagi, na które chciałbym zwrócić uwagę, tym razem to zrobię.)
Z pewną taką nieśmiałością swoją słabość wyznaję do książeczek autorstwa Sue Townsend. Czytam je raz po raz regularnie, w cyklu rocznym mniej więcej. Adrian Mole od piętnastu lat moją wyobraźnię zaprząta. W pewnym okresie, na szczęście minionym, nawet z nim jakieś powinowactwo czułem.
Nowa książka z cyklu pięknie wydana (ale czy naprawdę potrzebne są twarde okładki dla prozy komunikacyjnej?), z wnętrzem gorzej. Tłumaczka ignoruje dotychczasowe sposoby tłumaczenia, nie wyjaśnia znaczenia terminów znanych w Wielkiej Brytanii, ale kompletnie niezrozumiałych w Polsce, do tego błędy proste, całość skrzypi niemiłosiernie. I tym sposobem śmieszna z założenia książeczka, staje się siermiężnym czytadłem.
(S. Townsend, Adrian Mole. Zaginione dzienniki 1999-2001, tlum. M. Koziej, wyd. WAB 2010)
