Muzyka nie na Clinton Street

Czekałem na niego jak na papieża. Tyle, że dłużej.

Najpierw stary magnetofon i taśmy, na których chropawy głos z gitarą śpiewał, że już czwarta nad ranem i kończy się grudzień oraz że w swe miejsce nad rzeką zabierze cię Zuzanna*. Potem była wiosna, lato, jesień, znowu wiosna, ogród saski, ulica trzeciego maja a ja miałem dreszcze, gdy słyszałem lecznicze Avalanche. Na Ś. (byłem już studentem) czytaliśmy wyimki z „Pięknych przegranych” – dotąd nie znamy odpowiedzi czym jest „stosunek płciowy czaszkowy”. A potem pojawiliśmy się my. Specjalnie dla nas wydał płytę. W sobotnie wieczory stał się niezbędny thousand kisses deep.
Jego głos jest kolejnym dowodem na istnienie Boga.

(Głos ten sam. Przygarbiona postać w za wąskim garniturze i szarym kapeluszu. Nienaganne maniery. Szarmanckie uchylanie ronda. Mnie przypominał starego klezmera z kapelą gdzieś w pierwszej połowie poprzedniego wieku, A. widziała jazzband z lat trzydziestych. Instrumentarium bogate: od organów hammonda i banjo po harfę i kontrabas. Majstersztyk dla uszu. W pierwszej części niesamowite „Who by fire” – przejmujący song o umieraniu, w drugiej żarliwe „Hallelujah”, poruszający „Partisan” i na bis szczere „If it be your will”, wreszcie niebieski prochowiec.
Oczywiście można byłoby napisać, że to świetnie wyreżyserowany spektakl dla czterdziestolatków za trzysta złotych od łebka, ale to nie byłaby prawda.
Bo to był On. I tyle.)

*Mimo, że tłumaczenie jest M. Zembatego, autor bloga pisze tu o utworach w oryginalnej wersji językowej i w oryginalnym wykonaniu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s