Przebudzenie z dawna oczekiwane

Śnił mi się klasztor. Przez osiemnaście miesięcy nie mogłem
się obudzić. Usiłowano nam wmówić, że jesteśmy, kim nie byliśmy. Reguła, którą
nam narzucono nie przypominała ani benedyktyńskiej, ani franciszkańskiej. Dzisiaj
widzę jakie to było tragikomiczne, trochę jak nasze państwo. Mieszanina
zbędnego patosu z dojmującym absurdem. A wszystko takie mało znaczące. Nie
mogłem się dobudzić, choć na jawie działy się rzeczy wielkie: powóz wiózł młodą
parę z bazyliki na wzgórzu do dworku ocienionego drzewami.

Ten dziennik niepewny miał być psychoterapią, lekiem na
poczucie marnotrawienia życia (zapewne dlatego wydawał się być niezrozumiałym
ciągiem znaków dla tych, którzy nie zaznali klasztornego snu).

Z jednego jestem dumny: duszy nie sprzedałem, w herezję nie
popadłem. Mimo namów ówczesnej Ksieni, aby oddać się sakralnej prostytucji, nie
upadłem (a Ksieni owszem można było spotkać w krużgankach świątynnych jak
bezwstydnie rozdawała swe zwiotczałe ciało. Z tego też powodu nowa przełożona
usiłowała przywrócić klasztor na drogę ortodoksji.)

Śniło mi się długo. Osiemnaście miesięcy za długo.

Wreszcie teraz czuję, że się budzę.

Oby na pewno…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s