Byliśmy kolejny raz w kinie (11.02.2007)

Wieczór był mroźny. Piękne, chyba secesyjne wzory na posadzce w kościele Zbawiciela. W kawiarni na rogu ciastka po 9,5 złotego i Julia Hartwig. Cóż, poszliśmy do kina.

Perfekcyjny film o Chile. Perfekcyjny w reżyserii, scenariuszu, zdjęciach, muzyce.
(To znaczy w Chile nigdy nie byłem – czego żałuję – ale z powodów naukowych, wiem już chyba o nim całkiem sporo. Być może więcej nawet niż o Karaibach.)

I ta radość po pierwszej puszce skondensowanego mleka…
(Zapomniałem, że muszę kupić mleko, bo nie mam czego dolać do kawy o 7.25).

Powinni „Machucę” obejrzeć adoratorzy generała Augusto P. Ale przecież nie wierzę, że ich wzruszy. Komunistów, tudzież socjalistów, Indian, motłoch z przedmieść, itp. należy likwidować, bo przeszkadzają w rewolucji moralnej.
(Scena z księdzem przy tabernakulum należy do najbardziej wstrząsających w mojej prywatnej historii kina. Choć – od razu zastrzegam – gust mam wypaczony).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s