Siedziałem właśnie w stołówce jedząc pierogi z mięsem, całkiem całkiem nawet, i zastanawiając się jak nazywa się miniaturowa marchewka spoczywająca na talerzu obok (nazywa się juniorka), gdy weszli. Strażnicy z parków narodowych, zebrani na jakiejś naradzie w Tamtu.
Na mundurach mieli naszywki z symbolami swoich parków. Weszli, zamówili zapewne antrykot z kurczaka, a może nawet juniorkę, a ja znad pierogów udałem się wprost na emigrację wewnętrzną.
Siedzę w tym mieście, wstaję rano, nie jem śniadania, biegnę do tramwaju. Szaro, tłok, żadnego uśmiechu: tak było wczoraj, tak było dziś, tak będzie jutro (w sobotę tak nie będzie, bo będę w Tutam). Wszystko w biegu, wszystko takie nienaturalne. I jeszcze te sny o klasztorze. Nie mogę się wciąż dobudzić. Ranek nieczego nie zmienia.
I tak myślałem migrując wewnętrznie, zahipnotyzowany naszywakmi z parku magurskiego i z parku gorczańskiego. I tak sobie wyobraziłem, że tam byłbym szczęśliwy, bez tego hałasu, smutku, biegu, bez monastycznych koszmarów, bez tego tamtuskiego zgiełku, który mnie kompletnie nie bawi, a który jest teraz moim życiem.
Pomyślałem o polnych drogach Beskidu Niskiego, strumieniach z czystą wodą, pachnącej mięcie, i ogniu oświetlającym wnętrze domu (ech, chata w Ropiance…, ech, Polany Surowiczne…a nawet taka Krempna)
Oni to mają (tak sobie to wyobrażam, choć wiem, że praca to nielekka).
A ja?
Co ja w tym miejscu jeszcze robię. Przecież ja i Tamtu kompletnie do siebie nie pasujemy. Dlaczego siedzę nad niedokończonymi pierogami i zazdroszczę tym w mundurach. Zazdroszczę im, a moja zazdrość ma n dążące do plus nieskończoności.
Czego ja im zazdroszczę?
To się nazywało chyba wolność i spokój wewnętrzny.
