dziennik 50/26

David Hockney, Deszcz, 1973, Victoria & Albert Museum, źródło: collections.vam.ac.uk/item/O148036/rain-print-hockney-david

czerwiec niezapisany

1.

kiedy pewnego lata, a było to lato Seulu, babcia wróciła po operacji, nie jadła już miętowych landrynek i chrupków kukurydzianych. jakby w tym przypominającym sanatorium szpitalu, do którego jechało się przez nieznane dzielnice aż pod komin, lekarz sprawnym ruchem skalpela wyłączył jej ochotę na dwa smakołyki, którymi zawsze zajadała się wcześniej.

coś podobnego ostatnio zdarzyło się mi. rwąc mój ostatni ząb mądrości, chwytając go i wyrzynając, dentystka musiała pociągnąć za zawleczkę. od poniedziałku żywię się wyłącznie niemiecką pasztetową, produkowaną w mieście urodzenia Karola Marksa. budzę się z miłym uczuciem, że kolejne opakowanie czeka na mnie w lodówce.

2.

David Hockney umarł. Ostatnie z uniwersalnych nazwisk, takich, co każdy wie o kim mowa. nie pojechaliśmy rok temu do Paryża na wystawę a akurat ten ja, którego zabił ostatnio Mark, przedstawiał się jego „Deszczem”.

to było na Wieży Trynitarskiej, w salce o zapachu środków do konserwacji drewna, sprawdzałem wiadomości i nie było komu powiedzieć. dzieci hałasowały, furgotał kogucik.

3.

teraz nowy fejsbuk podsuwa mi starych znajomych. nie wiem, czy ich potrzebuję. przypominają, że coś kiedyś było. trafiają do limbo, nie umiem kliknąć ani usuń, ani potwierdź. brakuje mi tylko kilkorga, których chciałbym odnaleźć, ale też na próżno.

4.

przed emeryturą w autobusie na Wilanów, dwoje urzędników opowiada o nieszczęściach, które napotkały ich znajomych. stan krytyczny u tego, pamiętasz, on był zastępcą. wczoraj odebrał biopsję, już wcześniej się mylił i zacinał. ona prawie w tym samym czasie zawał.

w głosie pobrzmiewa nuta dumy, że to wciąż nie o nich.

5.

żegnając się z Żoliborzem Egzaltowanym, szukam imion, które zapisywałem. tamten rok jak apogeum dzieciństwa. po nim melancholia. upływ czasu: nakładają nowe ubrania. nie przychodzimy tam więcej. stają się dorośli, nie rozpoznam ich po imionach.

6.

pisanie odeszło. czasami odchodzi, potem wraca. znikanie cyfrowych żywotów. rozpłynięcie się w tłumie. też jestem w czyimś limbo: ani usuń, ani potwierdź. wielotomowy niejasny xml.

po co ma boleć? – mówi dentystka i strzykawką wlewa gorzkie lekarstwo do otworu, który – czego nie powie – bezpośrednio łączy się z duszą.

Dodaj komentarz