1954

Edward Hartwig, Ulica Kowalska w kierunku ulicy Stalingradzkiej [Lubartowskiej], 22 lipca 1954 r., kolekcja Teatru NN (c) Ewa Fijałkowska-Hartwig

Rok, w którym wymyślono Lublin

(„Sztandar Ludu”, r. 10, nr 1-154, 1954, dostępny w Lubelskiej Bibliotece Cyfrowej)

Rok pięćdziesiąty czwarty był rokiem bez Wielkanocy, a przynajmniej czytelnicy „Sztandaru Ludu” nie zostali o niej poinformowani. Święta kościelne zostały zastąpione obchodami II Zjazdu Partii oraz 1 Maja: celebrowanymi pochodami, wartami (czy nie przypominały katolickich czuwań?) i licznymi posiedzeniami, podczas których czytano pisma.

Sam Zjazd, do którego przygotowywano się nawet dłużej niż czterdzieści dni, dla mnie okazał się nie do przebrnięcia. Całe szpalty mowy-trawy, sloganów, haseł, które dzisiaj generowałby chat gpt zasilony tomami dzieł Lenina i Stalina.

W którymś z numerów ważki artykuł poświęcono wyzwaniom sztuki cyrkowej, która w zakresie tresury zwierząt osiąga zadowalający poziom, natomiast stanowczo odstaje, jeśli chodzi o miałkie teksty wygłaszane przez klaunów.

Jednak wcale nie ideologia najbardziej uderza w lekturze tamtego rocznika partyjnej gazety z Lublina, ale usiłowanie kontrolowania gospodarki i rolnictwa, tak drobiazgowe, że popadające w absurd. Kiedy redakcja wskazuje, że jakaś mieszkanka jakiejś wsi (złote czasy bez RODO, więc poznajemy szczegóły) kupiła knura zarodowego, przeczuwasz, że ten system wcześniej czy później musi się zawalić.

„Sztandar Ludu” w systemie władzy totalitarnej (bo do odwilży zostały jeszcze ponad dwa lata), obok funkcji propagandowej, pełnił funkcję kontrolną. Korespondenci terenowi i zakładowi donosili (w podstawowym znaczeniu tego słowa) do redakcji, ta zaś podejmowała interwencje, domagając się wyjaśnień i kar oraz upubliczniając (nadal brak RODO) nagany. Temu samemu służyła rubryka „Plewimy chwasty” ogłaszająca imiona i nazwiska pijaków i chuliganów. To na „Sztandar Ludu” spadło prowadzenie badania mystery client oceniającego lubelską gastronomię (którego zatrważające wyniki opublikowano w kilku odcinkach).

***

Dziesięć lat po wyzwoleniu (czy było to wyzwolenie – temat zostawmy funkcjonariuszom od historii) Lublin nadal nie podźwignął się z wojny. Zamek wciąż jest ponurym więzieniem sterczącym nad gruzowiskiem Dzielnicy Żydowskiej, straszą ruiny zbombardowanych domów, mimo że na drugim brzegu Bystrzycy wyrasta fabryka samochodów, a nieopodal Ogrodu Saskiego miasteczko uniwersyteckie. No i wciąż jeszcze posiada cudowny, Czechowiczowski krajobraz falistych lessowych wzgórz, zza których widać wieże Starego Miasta.

„Sztandar Ludu”, kwiecień 1954 r.

Geografię społeczną miasta dobrze odwzwierciedla układ pochodu pierwszomajowego rozpisany dwukrotnie w poprzedzających go numerach „Sztandaru”. To cały czas przede wszystkim Śródmiescie, rozrastające się wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, a obok niego – Kalinowszczyzna i przemysłowa Dzielnica Mariana Buczka, obejmująca Bronowice, Kośminek i okolice dworca.

W połowie lutego dziennik wytłuszcza czerwoną czcionką przemówienie I sekretarza KW partii, Pawła Wojasa – jego naczelnym mottem jest uczynić Lublin wielkomiejskim (czyżby dalekie echo myślenia Starzyńskiego o uczynieniu Warszawy wielką?) Pretekstem stają się obchody dziesiątej rocznicy Polski Lubelskiej.

Odbudować Lublin ma oznaczać przede wszystkim wyciągnąć go z prowincji. Całe lata przed efektem Bilbao jacyś towarzysze  dochodzą do wniosku, że zmienić miasto oznacza najpierw stworzyć w jego sercu nowoczesny Dom Kultury i Sztuki (siedemdziesiąt lat później wizja będzie znacznie bardziej anachroniczna: zmienić miasto oznacza poprzecinać go wielopasmowymi arteriami), tę funkcję ma przejąć Zamek, który przestaje być więzieniem (pod koniec lutego nastąpi ekshumacja jego ofiar).

W miejsce ruin Podzamcza zaplanowana zostaje nowa dzielnica na wzór warszawskiego Mariensztatu (akurat tej wiosny ma premierę „Przygoda na Mariensztacie”, więc nazwa – pozbawiona sensu pod względem historycznym – jest nośna). Planiści nie wiedzą, że narysowany przez nich Plac Zebrań Ludowych jest patrzącym w kosmos Okiem Cadyka.

Odbudowie i renowacji – w duchu renesansu lubelskiego – podlega Stare Miasto, gdzie dobudowuje się attyki, maluje sgraffita i historyzuje wygląd zaniedbanej dzielnicy („Sztandar Ludu” donosi o odkryciu zamurowanej uliczki Ku Farze).

Wzdłuż głównych ulic remontuje się fasady kamienic i lokale handlowe, wznoszony jest gmach Cepelii i Poczty Głównej. Wreszcie – to jedno się nie udaje – na końcu głównej osi miasta ma stanąć Łuk Wyzwolenia, monumentalna budowla, projekty której nadsyła m.in. Bohdan Lachert oraz Romuald Gutt z zespołem.

Tempo zaiste jest ekspresowe. Ogłoszony w lutym plan ma zostać zrealizowany w niecałe pół roku, do 22 lipca, rocznicy. Zaczyna się odbudowa: rozdział z historii Lublina zupełnie zapomniany. Biorą w niej udział budowniczowie z Lublina i całego kraju. Szczecinianie wznoszą kamieniczki naprzeciwko Zamku, warszawscy artyści zdobią domy w Rynku. Akcja jest powszechna i – zdaje się – obowiązkowa, uczestniczą w niej uczniowie, studenci, pracownicy umysłowi, robotnicy i rolnicy. Cały naród buduje Lublin na dziesięciolecie. Miejscowi poeci piszą wiersze na cześć. Czujny „Sztandar” demaskuje bumelantów i brakorobów.

Cyfrowy zasób „Sztandaru” urywa się pod koniec czerwca. Z 22 lipca mamy zdjęcia Edwarda Hartwiga: niebo jest nieco zachmurzone. Fotograf idzie Kowalską, potem wspina się Grodzką i dochodzi do Rynku. Musi być dość wcześnie, bo dopiero pod nowiuteńką Bramą Rybną spotyka więcej osób. Jasne geometryczne figury lśnią: miasto na zdjęciach wygląda na idealne.

Od tego lipcowego poranka będzie takie, jakim go poznałem.

Dodaj komentarz