
Marta Maciejewska, Rośliny ruderalne, Brak Przypisu 2024
Jak to się stało, że przeoczyłem „Rośliny ruderalne” w moich księgarnianych haulach? Przecież już sama okładka (autorstwa Ady Jarzębowskiej) zachęca i przyciąga?
Do pewnego momentu staram się czytać jak zwykłą prozę z chronologiczną fabułą (bohaterka, jej siostra, rozpadające się małżeństwo rodziców, babcia, transformacja, miasto-wieś), ale prawdziwą przyjemność osiągam, gdy orientuję się, że znalazłem się w pamięci narratorki (tym komputerowym centrum z serialu „Było sobie życie” z białymi profesorkami i rozpędzonymi kleksami posłańcami), która łączy, miesza, nakłada wspomnienia, osoby, języki.
Co ciekawe, podobnie jak u Marty Tomczok, jedną z bohaterek powieści jest również blizna, potężna kopalniana dziura, która wchłonęła podkonińskie wsie (choć może geografia też jest myląca i całość dzieje się gdzie indziej?) To, co w reportażu jest zapis z dali, tutaj jest prawdziwą pracą z pamięcią.
Im bardziej odrywasz się od realnego a dajesz wciągnąć w narrację i język, tym bardziej „Rośliny ruderalne” stają się dla ciebie odkryciem, podróżą, halucynacją (wcale nie AI), Literaturą.
