księgarnia 17/26

Autor nieznany, Widok z ulicy Szerokiej w kierunku ulicy Kowalskiej, Lublin, lipiec 1939, zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Adam Kopciowski, Nieświęte miasto. Opowieść o szajce Kojech gejers i żydowskim półświatku dawnego Lublina, wyd. UMCS 2025

To już chyba trzeci dodruk. Kolejne egzemplarze „Nieświętego miasta” rozchodzą się jak świeże cebularze. Myślę, że powody są co najmniej dwa.

Po pierwsze sprawa zbiorowej niepamięci. Jak na wstępie wyjaśnia autor, jest to bezpowrotna i całkowita utrata wiedzy o określonych fragmentach minionej rzeczywistości lub też wyparcie zachowanych oraz potencjalnie dostępnych treści (s. 7). Po Zagładzie żydowski Lublin zamienił się w mit.

Najpierw potrzebowali tego sami ocaleni. Przez długi czas – sam to sprawdziłem w cyfrowych bibliotekach – wojna była sprawą tylko Polaków a kształt miasta nadawała wielka odbudowa z 1954 roku. Pierwszy wyłom stanowiła chyba wydana w latach osiemdziesiątych książka Róży Fiszman-Sznajdman „Mój Lublin”. Potem zaczęto odkrywać wydawane w Izraelu i na Zachodzie księgi, wspomnienia, sami ich autorzy przyjeżdżali do „Świętego miasta” jak napisze jeden z nich (tytuł Kopciowskiego podejmuje polemikę z tamtym). W tych opowieściach następowało – znowu zacytuję wstęp – kreowanie określonego wizerunku unicestwonej społeczności. Za pomocą przemilczeń lub niedomówien rugowano niechciane, niewygodne a często również budzące poczucie wstydu lub lęku fakty, wydarzenia i postacie (s. 9).

My również potrzebowaliśmy bezpiecznego mitu. Patrzyło na nas oko świątobliwego cadyka. Oko, które widziało więcej. Wszystkie misteria, które odprawiano, odbudowywały zgładzone miasto. Nazwy ulic: Szeroka, Krawiecka, Jateczna traktowaliśmy jak zaklęcia. (Z najbardziej radykalną wersją mitu spotkałem się w Toledo, które opisuje się jako „Miasto trzech kultur”, zupełnie wymazując wygnania i prześladowania, a pozostawiając fantastyczną harmonię).

W pewien sposób mityczna świątobliwość mieszkańców Podzamcza i Wieniawy spływała na nas, potomków powojennych przyjezdnych.

Adam Kopciowski opowiada żywą historię żydowskiego Lublina. Jego bohaterowie sporo czasu spędzają w bożnicy, ale albo na pokaz, albo aby załatwiać interesy. Przynależą raczej do powieści kryminalnych (jak z „Rudej Kejli” Singera) niż mitologii.

I tu pojawia się powód drugi. Po raz pierwszy czytam coś na kształt ludowej historii Lublina. Z artykułów prasowych, akt sądowych, metryk i wspomnień wyłania się fascynujący, mięsisty obraz miasta pod koniec XIX wieku. Martwe adresy nabierają życia, a dawno zapomniane postacie rysów charakteru. Autorowi udaje się oddać atmosferę popowstaniowego miasta, w którym rosną nowe dzielnice (Chopina właśnie wytyczone, te stare kamienice są dopiero w planach), napływają nowi mieszkańcy, otwarto teatr (to w nim odbędzie się proces szajki) i właśnie podciągnięto kolej żelazną. Nawet carscy urzędnicy stają się bohaterami z krwi i kości.

Książkę mamy więc znakomitą, i nie chodzi tu o jej ocenę naukową, ale przede wszystkim o znaczenie dla dzisiejszych mieszkańców nieświętego miasta.

1 Comment

Dodaj komentarz