
o tym, że za późno być torerem
1.
Nic dodać, nic ująć. Przed urodzinami wypisuję z Hemingway’a:
Człowiek, który zwykle zawodzi w ten sposób podczas lokowania banderilli, ma prawie zawsze od czterdziestu do pięćdziesięciu lat. Trzyma się go w cuadrilli jako zaufanego banderillera matadora (…) Ale ponieważ jest już po czterdziestce, nogi zwykle go zawodzą, a on sam nie ufa, że zapewnią mu ratunek. (s. 185)
2.
Gość, który kupuje przede mną bagietki zupełnie podobny do następcy szacha, co to teraz pojawia się chętny do objęcia perskiego tronu, do czego jeszcze daleko. W każdym razie gustuje w paryskiej.
3.
Z powodu jakiejś zawiłej sprawy wyciągnęliśmy teczki z archiwum. Kronika urzędniczego losu. Sprawa wówczas była tak samo zawiła, tamci pisali podobne do nas pisma, tyle że na innych sygnaturach. Przez pewien czas referentem była Justyna.
Któregoś roku byłem na jej pogrzebie, nagłym. Dyrektorka Z. nie zechciała nawet przyjechać, bo miała bilety na festiwal w Gdyni, zastępująca ją dyrektorka K. zadzwoniła do generalnego, że zwolnił się etat. Po Justynie trzeba było na nowo poprzydzielać sprawy.
Pojechaliśmy na Wolę autobusami. Pogrzeb był, nawet jak na pogrzeb, ponury, na cmentarzu awantura o dziecko, a potem zostawiliśmy tam Justynę, referentkę zawiłej sprawy, i tylko kiedy idziemy do J. i M. z pętli przy tamtym cmentarzu, to przypominam sobie jej historię.
No i teraz też nad sprawą, którą prowadziła i która spada na mnie. Sygnatura, pieczątka, tyle zostaje z urzedników – myślę sobie. – Kto jeszcze pamięta Justynę, która siedziała, jeśli się nie mylę, w pokoju, do którego zachodzę teraz na bakalie i lamenty?
4.
Więc zapisuję jawny dziennik. Pan Mark tnie zasięgi albo ich nie tnie, zależnie od humoru, podsuwa mi ciągle cudze strony, mniemając, że mnie obchodzą, chociaż ja ciągle o sobie.
