
Xue Mo, Łuskanie bobu w świetle księżyca, tłum. Marta Torbicka, ArtRage 2026
Zaraz na początku przeczytałem: jego cień pełzł za nim niczym wielką skolopendra (s. 8) i to porównanie wdrapało się po mnie. Potem skwierczał przyjemnie pochrzyn (s. 17). Oczarowanie językiem.
Zbiór czterech opowiadań. O każdym oddzielnie.
„Dziadek Sinciang” z pierwszego z nich jest stoikiem. Gdyby nie mieszkał w małej chińskiej wiosce, mógłby zostać nawet cesarzem Rzymu. Mój nowy bohater uczy przyjmowania życia takim, jakim ono jest.
„Piękno” to z kolei historia miłosna, bardzo emocjonalna i – rzec by można – filmowa. Kibicujemy Meng Zi i Yu’er, mimo że wiemy jak kończą Romeowie i Julie.

Zupełnie odmienne jest mroczne opowiadanie tytułowe, utrzymany w konwencji horroru obraz wielkiego głodu na chińskiej prowincji.
Wreszcie „Dziewczyny i cyjony”: nowela stanowiąca wycinek powieści. Przebiegają po głowie różne skojarzenia, wpierw „Ja, która nie poznałam mężczyzn” Harpman (bo osamotnienie i opuszczenie, i wciąż śmiertelne niebezpieczeństwo), potem „Stary człowiek i morze” (bo jednak walka, zmaganie na przekór), do tego spokojny głos Krystyny Czubównej opowiadający o cyjonach oraz o wielbłądach. Fabuła gęstnieje, czyta się mozolnie, zupełnie inaczej niż trzy wcześniejsze, ale za to nie daje się potem usunąć z umysłu. Piasek zasypuje nas coraz bardziej, upał nie do wytrzymania, pragniemy orzeźwienia, na jawie śnimy pustynię Xue Mo.
