dziennik podróżny 29/25

Barcelona, listopad 2025 r.

Któregoś razu w Barcelonie

1.

Za pierwszym albo za drugim razem, kiedy przyjechaliśmy tu z A., a wtedy latało się do Girony i wysiadało na autobusowym północnym, bardzo chciałem pójść do muzeum pogrzebów. Niestety internet wtedy był tak słaby, że zawędrowaliśmy do któregoś z miejskich tanatoriów.

2.

Siedzi matka na Rambli, roboty drogowe. Jest późno, noc prawie. Jej synkowie o obcobrzmiących imionach grają w piłkę. Matka czyta na telefonie. Chłopcy zdobywają puchar.

3.

Śniadania w Federalu dzieją się powoli. Niektórzy nawet zrezygnują. Przy dużym stole trwa balet laptopów: być może wyniknie tu coś miłosnego. Ale chyba jednak tylko doktorat.

Lubię patrzeć za okno jak na skrzyżowaniu platanowych alei, zamienionym w skwer, budzi się miasto.

4.

Psy są tutaj piękne – mówię A. a ja zupełnie nie jestem psi. Mówię na tyle wyraźnie, że aż spogląda właściciel pięknego psa ubranego w wielkopostny ornat (być może kapę albo dalmatykę).

5.

Święty Antoni z hali targowej zamiast dzieciątka prowadzi tłuste prosię. Rozgardiasz jest tu elegancki, taki louis vuitton wśród hal. Krew ścieka po ciemnym kamieniu. W akwarium jakaś skazana langustynka chce uciec śmierci ze szczypiec homara.

6.

Tyle podróży temu pisałem o najpiękniejszej zarze świata, która jest w Mediolanie, ale się pomyliłem. Najpiękniejsza jest tutaj przy placu Katalonii. Jej klatkę schodową oplatają freski, na których szczęśliwy naród elektryfikuje kraj a słonie wspominają zamorską potęgę. Do tego na każdym piętrze rebajas.

7.

Powrót na Eixample i kolejny zachwyt geometrią inżyniera Cerdy. Ścięte kwadraty o boku sto trzynaście i trzydzieści, co powinno być nazwane barcelońską milą. W świecie pełnym chaosu, to uporządkowanie jest jak melisa albo aviomarin.

8.

Powróciło do mnie, dawno go nie było, to uczucie niepoznawalności cudzego życia. Więc my tu idziemy, kolejne rogi ulic pod kątem dziewięćdziesięciu stopni a oni tu żyją, idą do szkoły, kochają się, piją ciepłym wieczorem piwo. My tam, oni tu. Tylko przechodzimy, na moment się zazębiamy.

9.

Dokąd z Eixample odeszli konsjerże? Przeoczyliśmy ich zagładę. Puste biurka, szklarnie w ich byłych stróżówkach. Niepostrzeżenie przeminęła ulotna epoka elegancji i burżuazji. Anachroniczni jak budki telefoniczne panowie w garniturach, których napotykaliśmy wszędzie piętnaście lat temu.

10.

Pomijając już konsjerży, tak naprawdę najchętniej czytałbym i oglądał albumy o klatkach schodowych (o tym też notowałem w Mediolanie). Kupowałbym nie patrząc na cenę: wielotomowa seria z – dajmy na to – Eixample.

W klatkach schodowych mieści się przecież właśnie cudze życie.

Barcelona, listopad 2025 r.

11.

Po mszy w katedrze nie można robić zdjęć, chyba że gęsiom, ale uwaga – gęsi bywają agresywne (tabliczka w trzech językach głosi wszem i wobec). W krużgankach oprócz gęsi śpią śpiący rycerze z czasów Rajmundów Berengarów.

Nad gęsiami rośnie palma. Fotografuję ją za każdym razem.

12.

Helen Levitt należała do epoki swobodnego fotografowania. Chwytała momenty zanim uzyskała zgodę fotografowanych (pewno by się nie chcieli zgodzić). Podchodziła do dzieci w tym Nowym Jorku, który przypomina „Nazwij to snem„, niebezpiecznie drapieżna.

Jakie to wszystko niemożliwe w epoce smartfonów i purytanów.

13.

Siedzimy przy tym samym stole w pizzerii w dawnym garażu, czekając na pizzę o lukrecjowym posmaku. My i oni: podobna rodzina, córka nieco starsza, rok, może dwa od Dziecka. Inteligentni to widać, sympatyczna mama, nieco apodyktyczny tata, ubrani haem-zara, żaden gucci. Nieco rozczarowani wielkością ciasta, oszczędzanie nie wyszło, musieli domówić.

Tylko, że oni wywołali wojnę.

14.

Wieczorem na rynku Ravalu odbywa się koncert hinduskiego zespołu brzmiącego jak wczesny „Bajm”. Połowa publiczności siedzi na rowerach, z przyczepionymi na plecach pudłami glovo i wolt. Słuchają z przejęciem.

15.

Kochanie, królowo, piękna! Odtąd, oświadczam A., zamiast jajek po benedyktyńsku, będę jadał croissanty w tej sieciówce, łasy na miłe słówka.

16.

Ta inna zara nigdzie się nie kończy. Kolejne sale otwierają się i schodzą coraz niżej. Zapach poliestru i perfum. Dante umieściłby tutaj jedno z pięter Czyśćca.

17.

Zgodnie z napisami na murach (Tourists go home – dziwne, ale obok dopisano hasło w obronie chrześcijańskiej Europy i dwa krzyże: wschodni i zachodni), w Gràcia jest ich niewielu. Ci, co schodzą z parku albo – jak my – tam wchodzą. Znowu niespiesznie przesuwa się słońce. Opuściwszy monumentalną siatkę inżyniera Cerdy, miasto nabiera prownicjonalnego anturażu.

18.

Nasza góra nie jest waszym parkiem – głosi hasło z drugiej, ciekawszej strony, do której zawozi cię autobus V19 wznoszący się po nieznajomych wzgórzach i takichż widokach.

W parku nie interesuje widok, ani Gaudi, ani on sam, ludzie pragną dowodu – jedynego ujęcia – że tu byli. Koniec fotografii jako takiej, biegun przeciwny do Helen Levitt.

19.

Autobus zawiózł nas w miejsce, którego istnienia nie braliśmy pod uwagę. Dzielnica Sant Gervasi – klatki schodowe, których nigdy nie widziałem, życia jeszcze bardziej cudze, ale ciągle miasto.

Fascynacja odkryciem, jakby Ameryki albo Atlantydy.

20.

Pani w japońskiej restauracji jest nowa i nieśmiała (żadne Kochanie, królowo, piękna!). W wolnych chwilach uczy się menu. Na ścianie zapisano miejscową legendę, w której ramen określa się jedzeniem dla duszy a jego propagatorów – tu chyba tłumacz się zagalopował – ewangelizatorami.

Okna przy placu Tetuan zachwyciły nas już pierwszego wieczoru. Opanowuje nas teraz ciepło, dobra nowina dociera do trzewi.

21.

Patrz, mówi wieczorem w hotelu A. wyraźnie zachwycona, znalazłam w edycji zdjęć możliwość usuwania ludzi.

Wykraja ich teraz z Parku Güell. W wielu hotelowych łóżkach, przypuszczam, dzieje się to samo.

Dodaj komentarz