dziennik 90/25

Radzyń Podlaski: 1. Porosty porastające tzw. katakumbę; 2. Latarnia koło kaplicy; 3. Widok na cmentarz-porębę; 4. Nagrobek Marii Kozłowskiej; 5. Widok przez ulicę, niezmieniony; Gorzków: 6. Nagrobek Cecylii Wrony-Frej; 8. Frasobliwy na nagrobku Jana Jawora; Krasnystaw: 7. Krucyfiks; Wyżyna: 9. Wydmy buraków cukrowych; 31.10-1.11.2025.

Dziennik z podróży na cmentarze

Introit albo monolog (kobiety z dwukółkiem)

Tak się spracowałam. Jeszcze jeden cmentarz dziś, ale tam już nie będę mopować. Od samego rana. Jeszcze tylko 2 groby na Wojskowym a jadę z Ursynowa. Duzo liści się sypie, chodzą z dmuchawami, pozbierałam takie worki, ale tego nie ogarnę.

Najgorszy na Bródnie, tam najpierw poszłam. Ostatnio te masy ludzkie od Choteckiej chciały wejść, a nie było jak wejść. Dwie fale i ludzie się prawie tratowali. Dobrze, że Bóg czuwał.

Jeszcze jutro Czerniakowski.

Odkąd albo cmentarz w S.

Odkąd maczuję dawno zmarłych  przodków, natrętnie prześladuje mnie rekonstrukcja cudzych historii. Także tych, których nie mogłem zapisać w majherytydż.

Odkąd napotkałem na Starych Powązkach grób doktora G., nabrałem ochoty na powrót do jego drugiej żony (tej od podróży do Ameryki, kalendarza adwentowego z NRF i wizyt u Nardellego czy Harrisa).

Odnajduję go od razu: lastrykowy sarkofag, jego ściany niepewne: pamiętam, gdy go budowała dla siebie.

Nie mogę tylko przypomnieć sobie jak siedzieliśmy w kuchni: pani G. na białej szafce przy stole, babcia Z. po przekątnej na stołku pod kredensem, ja na drugim pomiędzy, przy szufladzie, w której było wszystko?

Koniec października albo cmentarz w R.

Wszystko kręciło się w R. wokół cmentarza. W każde wakacje co najmniej raz w tygodniu z torbą zniczy (prawdziwych, tłustych, w skorupach, a nie liczonych w godzinach) szło się tam wzdłuż kolorowych ogrodzeń szpitali, odliczając trzy kapliczki. Albo niebieskim autobusem linii 2 ze szpitala na cmentarz (ale on jeździł rzadko i nieregularnie).

A ostatni wieczór października był tym najbardziej oczekiwanym, kiedy szykowano chryzantemy (kule albo igiełki), wybierano znicze i planowano, co gdzie następnego poranka, i obawiano się czy przymrozek nie zetnie wszystkiego (przychodził zwykle drugiego, wywołując rytualne lamenty nad kulami i igiełkami).

Kiedy – wiele lat później (duża część bohaterów tamtych czasów, choćby ciotka Leonia, zamieszkała już na tymże cmentarzu) – idziemy do samochodu w ten wieczór trzydziestego pierwszego, a gromadki dzieci nawet w R. wyruszają szukać cukierków, zatrzymuje mnie widok przez ulicę. On jeden w tym momencie wydaje się niezmieniony.

Początek listopada albo widok w Lu.

Obudziłem się przed wschodem w nowym. Kolorowe pasy kładły się za oknem. Mgła wychodziła znad wąwozu. Lu. ledwie unosił się nad ziemią.

Na Wyżynie albo cmentarz w Cz.

Na Wyżynie rośnie sad za domem. W sadzie stoi nieruchomo starszy mężczyzna, na granatowo, oparty o laskę. Przygląda się drodze.

Zwalniam pośród jesiennych pasm wzgórz, wydm buraków cukrowych, opustoszałych podniebnych bazylik chmielu, na wysoczyźnie. Patrzę na mężczyznę. Nie widzi mnie.

Jeszcze będą złote modrzewie. Droga spłynie w dolinę, a potem się wzniesie. Będziemy jeździć po Wyżynie, ale nigdy jak przedtem.

Meister albo cmentarz w G.

Ów anonimowy mistrz kamieniarstwa z końca ubiegłego wieku, Meister Frasobliwego z G., pozostawił na miejscowym cmentarzu (co najmniej) trzy nagrobki. Zachwyt.

Cmentarz w G. faluje lessem.

Pierwszy raz tutaj, skąd oni nadeszli o nazwiskach trudnych do etymologii. Znam ich w każdym razie dobrze, moje chrabąszcze, moi ludzieńkowie, Zamostek, Czysta Dębina.

Charakter albo cmentarz w K.

Przy grobie nieopodal nachyla się, stawia lampki. Sprawdzam w telefonie. Leży tu siostra T. Mówię. Nie wiedzieli. Poznaje rysy twarzy. Charakterystyczna pociągłość i bladość krąży po rodzinie. Prowadzi mnie jeszcze dalej. Szeptem: kiedy się kłócimy, mąż mi mówi, że wychodzi ten rodzinny charakter. Przytakuję, bo nie widzi A.

Przerasta nagrobki i pamięć (dotąd winiłem traumę T., ale dowiaduję się, że sięga głębiej).

Jabłonie albo powrót

Tego roku Jo. postanowiła kolekcjonować jabłonie. Siedzimy więc wieczorem a Jo. prezentuje różankę berneńską, ontario oraz baldwina. Ma z setkę sadzonek i kilka owoców do spróbowania, od starych niemieckich sadowników, takich dla których Gorzów Wielkopolski jest Landsbergiem (por. reneta landsberska).

Od jabłek wolę historie rodzinne. To też rodzaj kolekcji. Mozolne ustalenia, mapy cmentarzy. Kiedy wracamy rozświetlają się ciemne pola.

Wyobrażamy sobie, że lecimy nad nimi, że widzimy wszystko.

Dodaj komentarz