dziennik 67/25

Lublin, sierpień 2025 r.

Środek sierpnia na Wyżynie (1)

1.

Przyjazd Ag. nie doszedł do skutku. Nie było to zaskoczeniem: Dziecku jej obraz mglił się. Poprzednie lato oddzielone zostało grubą warstwą roku.

2.

Ze spokoju Niziny wprost w Wyżynę niepokoju. Podwójne pasmo kierowców mknących w ferragosto. Ślady porannej śmierci na przepełnionej drodze.

Wracać oznacza: na Nizinę.

3.

Wszystko jest poezja przekonuje Edward na Archidiakońskiej. Stare Miasto owszem poetyckie: ogródki z kolorowymi lampkami, wiersze na ścianach jak w Grenadzie albo Coimbrze. Wystarczy jednak odejść nieco do miasta deweloperów, w którym wylewa się w rzeczną dolinę beton i nie sadzi drzew. Obejrzeć pawilony Hansenów porosłe zniszczeniem. Lublin dwoisty, co dostrzec mogą tylko ci, co z niego wybyli.

5.

Zapisywałem wszystko po to, żeby trwało, żeby nie uciekło pamięci. Tego dnia się zaręczyliśmy bardzo dawno temu.

6.

Od Rynku maszeruje orkiestra górnicza. Taka sama, która w Barbórkę budziła dyrektora kopalni na odległym osiedlu Szymanowskiego. Kamienicę obrastają znajome grzyby: nazywane bywają wroniakami albo kominkami – artysta zdecydował się jednak na ich mroczniejszą francuską nazwę: trąbki umarłych (jak stare patefony).

7.

Z okna nowego mieszkania widać w oddali Wieżę Trynitarską i szczyty katedry. Z okna starego, lata temu, widać było światełka pociągów jadących pod lasem na Nizinę.

Miałem lornetkę (to w ogóle odrębna historia). Nie było jeszcze drzew jak przystało na łyse młode osiedla lat dziewięćdziesiątych. Z okazji festynu parafialnego pod najdłuższym białym blokiem dzielnicy (patrzę teraz na niego z innej perspektywy), rozgrywano mecz księży. Obserwowałem ich w powiększeniu. Na bramce stał piękniś T. w czyściutkim białym dresiku – potem wyjechał do Szwajcarii i tyle go widziano. Nie wiem dlaczego w ten wieczór pomyślałem właśnie o nim (nadawałby się na opowiadanie).

1 Comment

Dodaj komentarz