
Podróż do Egona i Franceski (1)
1.
Co robisz? – pytam zamyślonej A. – Rewiduję wspomnienia – odpowiada.
To była pierwsza w moim życiu metropolia. Miasto mityczne, z którego ciocia wysyłała milupę bananową o smaku ambrozji i powiem Wam: próbowałem wszystkich kaszek Dziecka, a żadna nie powtarzała tamtego odczucia. Nigdy nie było już takiej milupy, choć banany w czekoladzie – w pudełku po nich trzymałem swoje najcenniejsze memory – są nadal w każdym sklepie.
Wszystko, co było zagraniczne – to był Wiedeń. Miał inny zapach i kolorowe obrazki z katalogów, które czytało się jak tajemne księgi obfitości. Zajechaliśmy tam zimą, po drodze z Jugosławii, gdy miałem dziesięć lat i właśnie taki był: obfity. Działo się to w czasach, kiedy państwa rodziły się i umierały w zawrotnym tempie. A on był najbogatszym i największym miastem ówczesnego, mojego, świata. Prawdziwa stolica z szumem metra pod ulica Karyntyjską i z bryłą katedry wyjętą z opakowań po wafelkach orzechowych. Uwodziła mnie wtedy idea cesarstwa (podobnie jak idea chorwackiej niepodległości i parę innych abstrakcyjnych idei) aż powiesiłem w pokoju pocztówkę (oczywiście z Wiednia) z Kaiserem. Gott erhalte Franz den Kaiser nuciłem na zmianę z Ljepą našą domoviną.
A potem jeszcze Mozart i Beethoven, i nasze spory z W. Ale to już było dużo później, w liceum. Moje pierwsze wiedeńskie zdjęcia, które przedstawiają nic (wracam teraz i znowu czuję, że wraz z insta, zniknęła moja chęć szukania ujęć).
Nic dziwnego, że z A. w pierwszą wspólną podróż pojechaliśmy do Wiednia, to znaczy do świata. Nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym, w których prześcieradła nosiły pieczątki szpitala klinicznego. Oglądaliśmy tony kamieni i obrazy, z których niewiele rozumieliśmy. No i oczywiście obowiązkowy złoty Strauss, pod którym moja ciocia, uciekinierka z orkiestry – jak pisała na kartce z początku lat osiemdziesiątych – grywała walce na skrzypcach (żywiła się w tamtych czasach, też wiem z kartki, głównie bananami, takimi jak w milupie).
Spacerujemy do niego teraz, z Dzieckiem, przez park. Zmniejszył się Wiedeń, stał się bardziej zwyczajny, chociaż idąc w upale, stwierdzam, że nadal jest piękny, to jednak inaczej. Katedra taka niewielka, park zaniedbany, nie odnajduję cesarstwa, raczej piwnice Seidla.
2.
Tak jak wszyscy turyści na hali, przepycham się w tłumie, nie wiedząc, gdzie należy kupować czereśnie, a gdzie rzodkiewkę. Orientalni naganiacze proponują lukrowane orzechy i sery z Alp. Nad nami jaśnieją mieszczańskie kamienice takie same jak w czasach secesji. Gdy służące biegną po wybór mięs na Naschmarkt, ich panie w woalkach wsiadają do powozu do doktora Freuda.
(Nigdy nie uciekniesz od zapisanych obrazów, czym jest Wiedeń).

3.
Ta cała podróż dla Egona i Franceski. Ich dwoje wraca co jakiś czas w tych zapiskach, podobnie jak żywi byli na moim martwym wirtualnym ja.
Ostatnie lata. Myślałem już o tym, czy wierzył w opatrzność. A czy ufał przeczuciom? Bo te go łudziły. Wszystko będzie dobrze, koniec wojny, nowa pracownia, dziecko, które wniesie radość. Prawdziwe miało właśnie nadejść. Po tej jesieni.
Przed ostatnim portretem Edith, przed jego maską, przed rysunkiem dziewczynki (odkąd za niemoralne rysunki trafił do aresztu, starał się malować tylko te z rodziny) wir bitten dich, erhöre uns.
4.
Trzy razy w Muzeum Leopolda wpadam w osłupienie.
Przed siedzącym aktem rudowłosej dziewczyny, którego autorka ma na imię Broncia i pochodzi z Cesarsko-Królewskiego Sanoka. To do niej Egon będzie pisał swe ostatnie listy.
Przed Zmartwychwstałym, który ma tylko lekki zarost i okazuje się Ryszardem Gerstlem, bardzo zdolnym malarzem (którego przyćmił Egon i Gustav, i jeszcze Oskar Kokoschka z nieodłączną szmacianą wdową Mahler).
Przed najbardziej nagim portretem z Moritzburga. Dziś Heckel za to płótno trafiłby za kratki i do wymazania. Podpis stara się go uniewinniać, jakby nieśmiertelność Fränzi była jego winą.

5.
Poszukiwania przodków wchodzą w nową fazę. Sięgam dużo dalej niż z pomocą metryk. Omijam nawet kolekcję chrząszczy (piętro pierwsze),
za to odcisk paproci, wigilijne karpie odbite w piaskowcu, łapka mioceńskiego kota.
Potem srebrni łucznicy na koniach, ptasi wózek, scieżka stóp w kamieniu. Czuwa nad nimi
Matka Boska Willendorfska, rodzicielka zapomnianych bogów.
6.
W nowej sali muzeum, takiej dla dzieci, które już obejrzały wszystkie kamienie [jest ich tyle, że gdyby – jak w opowiadaniu Yuri Lee „Serowy Księżyc i biscotti” – rozumieć ich mowę, słyszałoby się potężny chór. Dziewiąta Beethovena w wykonaniu kamieni z Naturhistorische byłaby dziejowym osiągnięciem], można pobawić się symulatorem impaktu. Asteroida zawsze spada w Wiedeń, natomiast można ustawić jej prędkość i wielkość, dzięki krater sięga Krakowa a fala uderzeniowa – Madrytu. Europa za każdym razem zostaje obrócona w perzynę. Dziecko kilka razy powtarza kosmiczną katastrofę. Izrael swoje rakiety kieruje na Iran.

7.
Ponoć Wiedeń to miasto szczęśliwe, choć jak na miasta niemieckie przystało, zamyka się po dwudziestej drugiej.
Parada, która przeszła przez miasto w upale, zostawiła wzorowy porządek. Zupełnie inaczej niż w Be., gdzie zatraciła się w oparach zioła i moczopędnym piwie.
Wieczorem na praterze tiktokerki nagrywają swój krzyk, gdy pędzą w górę wieży, majtając nogami. Nie obejrzę tego lajfa, mój tiktok proponuje mi jedynie ekshumacje i porady tanatopraktorów.
