dziennik podróżny 9/25

4 kwietnia

Bilbao, 4 kwietnia

Okazało się, że nic lepszego niż wtedy nie umiem napisać:

Wcale nie jest łatwo dostać się do środka. Bronią miasta wielopoziomowe autostrady, zjazdy, wiadukty, tunele. Ktoś nieuważny – przypuszczam, że liczą na roztargnienie – mógłby nie zauważyć, że jest tu miasto. Leży w estuarium – pierwszy raz słyszę, aby tak często używano słówek z lekcji geografii (jakby to było drugie imię miasta).

Zanim zajęli się na serio architekturą, przez lata parali się terroryzmem: te wszystkie bomby-niespodzianki. A teraz kwiecisty pies, ogniste fontanny, most o wyglądzie kotka. Zastanawiam się czy przetrwa tak jak trwają wieże katedry w Burgos, mijanej po drodze.

Było czarne albo szare – zależy kto mówi a odpytuję tych, co tu kiedyś byli, dawno temu. Ponuro: syreny statków w estuarium, dym z kominów przysłaniający słońce.

Gdzie się podziały we mnie te oszczędne zdania?

*

Jeszcze nie wiedzą, że przegrają. Prawie dwie doby dzielą ich od klęski. Teraz dane historyczne przemawiają za nimi. Schodzą na śniadanie jak szachowe wieże, zamawiając omlet albo jajecznicę. W żółtych koszulkach z Wysp Kanaryjskich.

*

Bilbao, 4 kwietnia

Popołudniami z licznych pobożnych szkół wychodzą uczniowie i uczennice w mundurkach, rozpoczynając obchód po okolicznych cukierniach.

Chociaż miasto zwykle bywa mgliste i ciemne (dane meteorologiczne wskazują na południową odmianę miasta na literkę B.), eklektyczne szczyty kamienic są jasne. Od kiedy straciłem insta spoglądam na nie ze spokojem, wiedząc, że nie muszę ich katalogować.

Wieczorami bary są pełne. Ludzie wydają się szczęśliwi, popijając winem kanapki z małymi rybkami albo krewetkami.

Może to jest ów słynny efekt Bilbao?

Dodaj komentarz