
Kalendarz adwentowy
1.
Początek grudnia. Stoję w kolejce w sklepie internetowym po klocki od Mikołaja. W dwudziestu czterech okienkach należy pomieścić pierniczki, choinkę, prezenty, pracę dyplomową, wyjazd do O., ostatnią podróż roku, ciągłą ciemność za oknem.
W gwiazdkowym opowiadaniu Tove Jansson zawsze byłem małą drobinką leśną ucieszoną z powodu choinki, dzisiaj jestem zirytowanym Paszczakiem.
2.
Ci wszyscy fantaści od tytułów w prasie: Niesamowite śnieżyce, przerażające zamiecie – podczas gdy niż przynosi parę płatków śniegu na trawnik albo i to nie, raczej przenikliwy deszcz –
wykorzystując niejasne prognozy, opowiadają jedynie o swojej nostalgii. Tęsknocie za grudniem jak z pocztówek, tym, który odszedł, wróżąc katastrofę.
3.
I. i H. długo nie ubierali choinki. Święta były wtedy bardziej religijne, więc nieobowiązkowe. Prawdziwe to były imieniny. – Spotkaliśmy Mikołaja – mówili zawsze w grudniowy wieczór, kiedy przychodziliśmy, ale w tego nie wierzyłem. Prawdziwy przecież przychodził w nocy i chował plastikowe reklamówki pod poduszką. Kolorowa torebka stała na szafce koło telefonu. Pachniało mandarynką i gotowanymi szczękami. Przez pewien czas wieszali bombki na potężnej koronie cierniowej rosnącej w oknie i zasłaniającej wierzbę. Potem nakupili u Grubej ozdób na gałązki, ale to dużo później. To inna historia.
4.
Kolejna grupa na fejsbuku, którą zaabonowałem poświęcona była pozbywaniu się niepotrzebnych rzeczy. Bardzo szybko, pominąwszy kuriozalne oferty niedojedzonych pierogów z obiadu, odkryłem w niej dwie powtarzające się oferty. Napływały z całego miasta, różniąc się jedynie szczegółami. Wiedziałem, że to dwie wersje życia, a co się z tym wiąże – także dwie wersje śmierci:
zestaw dewocjonaliów (oferenci dodawali zwykle: nie rozdzielam, jakby z obawy, żeby nie uschła im ręka, czy co jeszcze), na który składał się różaniec (ten drugi, pierwszy poszedł do trumny), obrazki religijne z veritasu, biblia i książki (obowiązkowo Jan Paweł II w formie albumowej lub broszurowej) albo
Wielka Encyklopedia Powszechna, trzynaście tomów. Jestem pewny, że pachnie dymem, tak jak ta u I. i H.
5.
Na długie zimowe noce swoje zatoki smaruję wickiem. Zapewnia to wspaniałe, eukaliptusowe sny:
Jestem w operze i nagle budynek otwiera się a aktorzy wybiegają śpiewać na miasto.
Podmieniam nieboszczyków w ciasnym mieszkanku, w małym miasteczku z żarówką oświetlającą żółto pokój.
Biorę udział w rozmowach pokojowych w Korei Północnej.
Tak mija mi niekończący się grudzień.

„I nie wie nikt, w czym śniegu leży tajemnica,
jak nikt nie wie, w czym leży czar dzikiej poezji.”
Jarosław Iwaszkiewicz
PolubieniePolubione przez 1 osoba