Dziennik z ósmej podróży do Portugalii. Pierwszy
Przedmowa
O wszystko-kończeniu-się ta podróż zapisał na lotnisku w Monachium, ale pojął, że przesadził, bo Mark Z. właśnie przywrócił mu fida.
Bez Antoniego i jego opowieści o ogrodzie, osłach i ciągle nowych planach na przyszłość (nie odezwał się do niego, nie wiedział, co napisać. Że znaleźli inny hotel i jest im dobrze). Bez Ag. po powrocie jedzącej makaron z truskawkami u niego za stołem pod niebieskim obrazem ulubionej malarki Ka. (zamartwiał się w duszne noce w Grand Hotelu w Porto). Bez ochoty na podróżowanie (usiłował wzbudzić ją usilnie z miernymi rezultatami).

Żywoty świętych. Ildefons
Pamiętał z poprzedniego Porto (osiem? siedem lat temu?), że kłócili się pod kościołem świętego Ildefonsa, wydzierając nad wózkiem. W jego prywatnej kartografii Ildefons (Konstanty Ildefons, szybko skojarzył) był więc centralnym punktem miasta (miejscem pamięci chyba, przedrzeźniała go teraz A.) Tym razem pokłócili się nieco dalej, grubo po północy, nie wiedzieli właściwie gdzie: tam właśnie wysadził ich kierowca ubera.
Grand
Zatrzymali się w hotelu, który pamiętał cesarza Brazylii. W sali śniadaniowej spoglądał poważnie znad zakurzonego pluszu kanap. Od kiedy cesarz wyjechał, pokojów starano się nie sprzątać, tak jak bywa w mieszkaniach kochanych zmarłych, ktorych pokoje utrzymywano zamknięte bez zmian, jakby tylko wyszli na moment.
Trzy dni w Porto
Oprócz Ildefonsa pamiętał naprawdę niewiele. Porto wydawało się wówczas kolorowe i poetyckie. Znaleźli nawet sklep, w którym kupili Dziecku pomarańczowego volkswagena: nie mogło się potem od niego oderwać w klubiku, aż powiedziała im o tym ciocia Patrycja, nazywana Czarną. Może przez zachmurzenie albo różowe płoty wokół wykopów metra, teraz czuli się ciągle zmęczeni. Bez przerwy wchodzili pod jakąś górę, mijali domy zmęczone tak samo jak oni. W hali targowej chwilowe (momentualne?) szczęście przypłynęło z kubków smakowych, kiedy wychłeptał trzy świeże, najlepsze w życiu, ostrygi.

Z kościoła franciszkanów
Matka Boska uśpiona odpływa w łodzi jak Eldarowie na zachód. Ludom tęskniącym za Oceanem i tym, co za nim, bardziej przemawia Wmorzewzięcie niż Wniebowzięcie. Kołysanie łodzi. Mały punkcik na horyzoncie. Trzewiczki ze złotą nicią zostawiła w innym kościele.

Z muzeum narodowego
Henrique Pousao z włoskiej podróży przywiózł dziennik na maleńkich deseczkach: fragmenty architektury, dzieci jak z fotografii Neapolu prawie o wiek młodszych, inne niż atlantyckie – śródziemnomorskie – światło. Strasznie zazdrościłem mu bycia malarzem, tyle dni nie znajdując w Porto prawdziwego kadru. Ani potrzebnych słów.
Z fabryki sardynek
Spośród pięćdziesięciu trzech zakładów zamykających sardynki w puszkach w Matosinhos ocalały cztery. Wojna – opowiada przewodniczka – to był wielki czas dla puszek. Wyciąga blaszane monstra, żelazne racje.
Wycieczka odbywa się w sobotę, hala jest pusta, podpisane jak w szkole krzesła pracowniczek (przewaga kobiet nie zmieniła się, mimo że coraz mniej mężczyzn wypływa w Ocean). Samo Matosinhos nabrało urody nadmorskich blokowisk. Przymorze.
– Co to za obrazy na pana koszuli? – pyta przewodniczka na koniec (zwykle jej zadaje się pytania, a nie na odwrót). Zapisuje na firmowej karteczce: NOWOSIELSKI.
Nieudana wycieczka do Doliny Douro
Północ jest jak nasza. Krajobraz bez zachwytów. Nic pięknego: proza Raszyna albo Ząbek. Ślimaki drogi wiodącej do doliny powodują mdłości. Nikt nie chce oglądać romańskich klasztorów. Zawracamy.

Żywoty świętych. Gundysław
Trzeba złożyć co łaska do puszki, powiedziała dziewczyna, która z bratem pilnowała kościoła świętego Gundysława, tutaj, w Aveiro, właściwie zwanego Gundysławkiem, wtedy wejdziemy na górę (skąd znaleźć drobne, wróciliśmy szukać bilonu, kłócąc się, ile to, co łaska).
Otworzyła nam pozłacany ołtarz: z boku krył w sobie drzwi, dalej schody. Podążaliśmy za jej pępkiem. Opowiadała o małych chlebkach zrzucanych z galeryjki w styczniu w święto. Wokół rozciągała się sieć rybackich domków.
Skąd jesteście? Może przyjadę do Polski i was odnajdę.

1 Comment