
Rozdział VI. Oczy Michaela Jacksona, czyli minieseje brukselskie
1.
Wszystko to, co piszę o momentach, o momentualiźmie, zgadza się z rzeczami dawno odkrytymi. Innymi słowami zapisuję na nowo własne doświadczenie oglądania ekspresjonistów: życie jest teraz, pomiędzy nami. Nic innego, w szczególności kopia w pamięci lub na płótnie, nie jest życiem. Trwożne spojrzenia dzieci złotej ery w antwerpskim muzeum: ich trafne przeczucie, że żaden malarz nie zapewni im nieśmiertelności.
Surrealizm, którego stulecie świętuje Bruksela, zamiast poszukiwania utraconego czasu, oferuje marzenia senne, moment pomiędzy świadomym a nieświadomym.
Trzy lata po manifeście Bretona, w Brukseli odbywa się zjazd Solvaya, z którego słynne zdjęcie, przedstawiające zgromadzonych razem siedemnaścioro (ach, Mario!) przeszłych bądź przyszłych noblistów (zdjęto ich w Parku Leopolda), krąży nadal po sieci z sensacyjnymi tytułami („Najwięcej IQ na jednej fotografii”).
W gruncie rzeczy surrealistów i fizyków jądrowych wiele łączy. Czy budujące nas atomy, w których większość przestrzeni zajmuje pustka, nie są wyobrażeniami surrealistycznymi? Czy splątania kwantowe nie mogłyby natchnąć Joana Miró?
Rację może mieć więc i C., która w hipnotycznych oczach nagich pasażerek ze stacji Watermael, namalowanych przez Delvaux, widzi oczy Michaela Jacksona.
2.
Na czubku miasta znajduje się bazylika. Nie można jej nie dostrzec: jest tak potężna, że kiedy ją wreszcie ukończono, zabrakło wyznawców starej religii, aby ją wypełnić.
W tamtym czasie wznoszenie wielkich narodowych wotów było w modzie. Otwarte Jezusowe serce, objawione Małgorzacie Alacoque, jeszcze w XVII wieku, pod koniec dziewiętnastego obejmowało patronatem największe powstające świątynie, gorejące ognisko miłości jako symbol oporu wobec modernizmu i wszystkich błędów, których wymienianiem zajęte były ich świątobliwości. Początek dwudziestego wieku należy do Serca: poświęcenie mu świata następuje w 1899 roku, Polski – dla pewności aż trzy razy w 1920, 1921 i jeszcze w 1951. Obok wznoszonych świątyń, wali się stary porządek. W każdym niemal domu wiszą wtedy dwa otwarte ognistoczerwone serca: z cierniem na tle czerwonych szat, syna i przebitego na niebieskim tle, matki. W latach dwudziestych i trzydziestych będą konkurować z Bernardką i jej Piękną Panią oraz małą Tereską, ostatnimi wielkimi ikonami przedsoborowego kościoła.
Podobnie jak całe cywilizowane narody zawierzano Najświętszemu Sercu, tak los Konga zawierzono królowi Leopoldowi.
To właśnie Leopold – w czterdziestym roku swojego panowania – położył kamień węgielny pod bazylikę: jeszcze jeden pomnik imperialnej chwały króla, obok muzeum Afryki i łuku triumfalnego. Wotum na siedemdziesiąt pięć lat belgijskiej niepodległości, którego większą część zajęło jego panowanie.
Dziwnym trafem wśród zestawów starych znaczków pocztowych sprzedawanych jako pamiątki z Atomium, znajduję serię z surowcami naturalnymi, wydaną przez pocztę Konga Belgijskiego. Ten trzyfrankowy z ciemnym pochylonym starcem podpisano jako „kauczuk”. Powód, dla którego fundator Narodowego Najświętszego Serca został zapamiętany jako oprawca, a nie święty.
Bryła bazyliki jest zimna jak święta matka kościół, jak święta matka Belgia. Dopiero z perspektywy – z łąki pełnej stokrotek, na której dzieci odprawiają swój wuef – oswajasz ten widok. Na literkę B.
