
Dwadzieścia pięć
Już ich zamknąłem w grubych zeszytach w kolorowych okładkach, w tej samej szafce co Narodziny Dziecka i Odejście z pracy. Zamknąłem i zamieniłem w postaci fikcyjne. Dzięki czemu mogli sobie pomieszkiwać w krainie niewydawanych literatów, oznaczeni inicjałami (niektóre imiona się powtarzały i musiałem użyć nazwisk).
Patrz, nagle się zjawili. Wyszli z moich zeszytów. Są tuż obok, na wyciągnięcie słowa. Bal literackich postaci. Historie urwane ćwierć wieku temu. A jednak bardziej żyją w tekście niż w tym samym mieście.
Wracajcie, moi mili, do zeszytów, mówię im nad ranem. Wsiadam w ubera na Skłodowskiej. Pierwsze ptaki ogłaszają ranek, rok dwudziesty czwarty (bądź – inna rachuba – czterdziesty czwarty).
