księgarnia 18/24

Harry Gruyaert, Francja, Paryż, 1985, źródło: artsy.net

Andrzej Bilik, Paul, Nicole i inni, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1986

Którejś soboty w kawiarni przy hali sięgnąłem na chybił-trafił po książkę z regału i bęc trafiłem na minireportaże z Francji Andrzeja Bilika. Tytułowa francuska rodzina z pierwszego z nich jakoś skojarzyła mi się z Gainsbourgiem i Birkin. Dziwne są przygody umysłu. Na allegro tomik chodził po dwa złote.

Głos w mojej głowie (książka jako magdalenka): Tu Polskie Radio Program Pierwszy, „Magazyn z kraju i ze świata”, z Paryża dla Państwa mówił Andrzej Bilik.

Nie udawajmy. Andrzej Bilik nie był wybitnym reporterem ani światłym literatem, których niemało kręciło się wówczas w Paryżu. Korespondent z Polski stanu wojennego pisał raczej bez finezji, tak żeby pasowało w zgrzebnej „Trybunie Ludu” albo w redagowanym przez Olka Kwaśniewskiego „itd”. Niemniej stworzył bezpretensjonalne – i w gruncie rzeczy słabo nasączone propagandą – obyczajowe i społeczne obrazki z francuskich lat osiemdziesiątych. Nawet pomyślałem, że pośród opisywanej przez Bilika młodzieży mógłby pojawić się młody Macron, ale szybko sprawdziłem, że chodził wówczas do pierwszej albo drugiej klasy podstawówki. Najbliżej mu do Sebastiena z tytułowego reportażu.

Głos w mojej głowie (teza): Poczytać Ernaux z wnętrza Francji, a potem te same czasy obejrzeć z zewnątrz tutaj.

Podobnie jak rządowa telewizja w ostatnich latach, tak i Andrzej Bilik wieszczy koniec Francji, jaką znamy: pokolenie 68 (odległe o niecałe dwadzieścia lat) już umościło się wygodnie, rośnie bezrobocie, upada przemysł wydobywczy, EWG czyha na rolnictwo, młodzi ludzie nie mają perspektyw, migranci zamieszkują podparyskie osiedla, głosy zbiera Front Narodowy, nie ma wielkich pisarzy i reżyserów, kultura ulega gwałtownej amerykanizacji.

Katalog problemów po czterdziestu latach wygląda podobnie, a jednak czyta się to wszystko z optymizmem: mimo wszystko, nie upadło. Ba, przeszło w całkiem dobre lata dziewięćdziesiąte, które dzisiaj wspomina się z rozrzewnieniem.

Równocześnie we Francji Bilika widać już kilka kwestii, z którymi Polacy zetkną się dramatycznie dekadę później jak odejście starego świata przemysłu i rolnictwa („Bez szans?” – pyta retorycznie reporter o przyszłość Pas-de-Calais, a lada moment to pytanie będzie dotyczyło Wałbrzycha albo Łodzi), czy chora, choć niezwykle modna, wizja urynkowienia edukacji (ten sam cel stawiali sobie Savary i Gowin).

Ale szczęście, wydaje się za to pojęciem dużo prostszym niż dzisiaj. Jest bardziej beztroskie, takie jak pamiętam właśnie wtedy. Szczęście bez ograniczeń. Nikt przecież dzisiaj nie odpowiedziałby w ankiecie o nim w ten sposób: Przepadam za tym (…) by się mną zajmowano, gładzono i pieszczono jak małego kotka (s. 93).

Jest niedzielny poranek: Nicole i Paul jedzą z dziećmi śniadanie. Przez okno wpada słońce. W radiu śpiewa Serge G. w duecie z córką.

1 Comment

Dodaj komentarz