
Stało się tradycją, że na wystawy ulubionej malarki Ka. zjawiamy się w ostatniej chwili (Zamość), najlepiej, kiedy pogoda pod psem (Płock) a galeria pozostaje zamknięta (dzisiaj, Warszawa). Moment był więc platoński: oglądałem nie sztukę, ale jej odbicie w szybach i widoku miasta.
Jest to wystawa śródziemnomorska. Wiem, lepiej napisać by, że hiszpańska, w końcu Segowia leży w rozpalonym kastylijskim interiorze. A dla ulubionej malarki Ka. wydaje się być takim samym azylem jak dla nas wioski zachodniego Algarve. Niemniej – patrząc na falujące w szybach obrazy – przypomniałem sobie zapiski z dzienników Sylvii Plath, jej śródziemnomorski zachwyt:
Śródziemne. Zaśnij znowu. I w końcu różowe jak wino światło świtu padające na wzgórza dziwnego kraju. Czerwona ziemia, żółte i brzoskwiniowe wille pokryte pomarańczowymi dachówkami i woda, powiew, błękitny powiew morza po prawej. (…) Czerwone słońce wschodzące jak oko Boga z krzyczącego błękitnego morza.
Śródziemnomorza do końca nie da się objaśnić. Nie zdefiniujesz jego kolorów, nie dobierzesz odpowiednich fraz, ale doskonale pojmiesz wszystkimi zmysłami, że dany obraz albo dany wiersz jest śródziemnomorski. Tak właśnie tu jest.
(A mój ulubiony z tej wystawy nie jest wcale miłosny, ale łakomy: wspaniała scena z churros i czekoladą, i z niepodpisanym zumo de naranja, i obłędną grą dłoni jak w „Pogrzebie hrabiego Orgaza”).
