
Alfred Hayes, Dziewczyna na Via Flaminia, tłum. Anna Arno, Próby 2023
1.
Zapadłem na dziwną synestezję. W prozie widzę światło. Mógłbym do „Dziewczyny na Via Flaminia” dobrać zdjęcia z powojennych Włoch (Wayne Miller dajmy na to) lub kadry Rosseliniego (wyjątkowo pasują, podpowiada okładka), a jednak wolę to uliczne światło wczesnym jesiennym wieczorem na Południu.
2.
To najpiękniejsza od dawna powieść miłosna, chociaż nie jestem przekonany czy jest w niej miłość. Miał to być przecież układ: ona potrzebowała jedzenia, on pozoru domowego ciepła (przytulić się do twojego ciepłego swetra – pisałem nastoletni ja i wracają do mnie teraz te słowa jako definicja miłości u Hayesa).
3.
Wielka Trwoga po włosku. Ten moment, w którym jeszcze nie powrócił naruszony porządek.
Wojna się skończyła – wszyscy przegrali. Teraz mężczyźni cały swój wstyd, poczucie klęski, samotność i niespełnienie przelewają na kobiety. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety – kołacze mi tytuł Aleksijewicz. Oszpecić, opluć, napiętnować: niedoszli bohaterowie mszczą się – świadomie bądź nie – właśnie na nich.
Hańba! – wołają do kobiet, które wiążą się z okupantami. Chcą donośnym krzykiem zagłuszyć własną hańbę.
Hayes odrzuca toksyczną męskość, stając po stronie kobiet.
4.
Napisana w 1949 roku powieść jest równocześnie świeżą relacją o stanie ducha zrujnowanej Europy. Wydaje się, że to gruzowisko to jej koniec.
Trzeba stąd pryskać, moja miła. Zmywać się! Co zostało po Europie? Wspomnienie (…) Uciekaj, kochana. Od tej biedy. Od tej ciemności. Europa jest skończona. Nigdy już nie będzie tym, czym była (s. 23).
Po blisko osiemdziesięciu latach Europa wciąż jest. To dobra nowina. Ale też znów podnosi głowę faszyzm pod różnymi nazwami: ta ciemna moc pragnąca obrócić kontynent w perzynę.
