księgarnia 51/23

Zofia Chomętowska, Dolina Czechówki, lata 30. XX wieku, źródło: facebook.com

Maciej Robert, Rzeki, których nie ma, Czarne 2023

1.

Nigdy nie pomyślałem, że definiuje mnie rzeka. Owszem: wyżynny krajobraz – tak, na pewno. Nawet, tak myślę, charakterystyczny rodzaj gleby: less – rzeczywiście, ale nie ciek wodny. Bystrzyca była zawsze brudna i płynęła przez dzielnice, których należało unikać, Czerniejówka nazywana Śmierdziejówką definiowała w ogóle inną część miasta, pozostawała nam Czechówka. Dolina Czechówki.

Pamięć o miejscu, które zniknęło razem z zachwycającym krajobrazem. Asfaltowa ścieżka nad ciekiem, po którym szło się w kierunku Ogrodu Botanicznego a aleja Tysiąclecia huczała ruchem (kiedyś łowiło się w niej raki – powtarzał H. – ale to było po wojnie). Stawy na końcu wąwozu Róży, z których widać było cegielnię na Czechowie, a które pewnego roku nie wróciły po zimie (rąbano z nich lód na zimę – opowiadała I.) Wreszcie ostatni akt całkowitej dewastacji tego, co pozostało z doliny: wielopiętrowy wylot dwupasmówki na Warszawę, który pochłonął sielski krajobraz pomiędzy Górkami Sławinkowskimi. Czechówka umarła jakieś siedemdziesiąt lat po żydowskiej dzielnicy, której była sercem i przekleństwem. Kiedy wyjeżdża się z galerii w miejscu Stawu Królewskiego (kolejnej maszkary niszczącej widok Lublina), po prawej można dostrzec coś na kształt rowu melioracyjnego – to ostatek Czechówki.

Usiłuję wyszukać w starych gazetach opisu ostatniej wielkiej powodzi w Lublinie, w marcu 1947 roku, kiedy wylały wszystkie trzy. Ówczesny „Sztandar Ludu” skupia się jednak na walce z zatorami na Wiśle i tylko napomyka o niebezpieczeństwie pandemicznym czyhającym w zalanych niższych partiach miasta. Da się odnaleźć tylko słabej jakości zdjęcia.

Nie, nie opłakuję śmierci rzeki, jak czyni to autor kolejnego tomu z serii „Sulina”, rozpaczam po krajobrazie, po dolinie w lessie, po widoku miasta od Sławinka i Czechowa.

Charakterystyczne, że w poemacie Czechowicza, który recytuje się w Lublinie i który ten Lublin przeobraża w mit, rzeka, Czechówka pojawia się na szarym końcu: w tych wersach, do których zwykle się nie dociera, po tych wszystkich wybornych frazach, które mówią o krajobrazie: nad łąką przysiadł, pagórów koła, czworokąt czarny. Czechówka zjawia się anonimowa i drobna:

Sam, może jeszcze z rzeczułką,
której nie słychać
choć w taką jasną noc z lazuru
i ona – niebios kochanka –
od zmierzchu aż do ranka
na pewno wzdycha
wśród murów…

2.

Mam wrażenie, że pojawił się ostatnio nowy gatunek w polskiej szkole reportażu, którego ojcem jest Filip Springer. Roboczo nazywam go egzaltowanym reportażem z antropocenu, bo jego narrator stara się być jednocześnie empatycznym obserwatorem i wszechwiedzącym prorokiem. On wie, on dostrzega (nie to, co większość zjadaczy chleba – klimatycznych ignorantów), on poucza. „Rzeki, których nie ma” stoją na tej samej półce. Są w nim wywiady z naukowcami, przedzieranie się przez dżunglę (czyli brzegi Łódki) z rowerem (co przywodzi na myśl „Spis paru strat” Schalansky), refleksje nad rzekami jako zjawiskiem hydrologicznym, kulturowym i historycznym.

Przyczynkiem do całej opowieści o rzekach jest dla Macieja Roberta Łódka i pozostałe łódzkie rzeczki (stąd moje osobiste, powyższe wywody o hydrografii Lublina), które tracą wiele ze swojej tajemniczości, jeśli przyjrzeć się openstreetmap, na której ich podziemne biegi zostały zaznaczone błękitno-białym szlaczkiem.

Trudno nie dostrzec, że temat „rzeka”, czy może lepiej temat-rzeka, jest w antropocenie bardzo trendy. Liczba artykułów, książek i działań artystycznych poświęconych wodom płynącym rośnie i staje się swego rodzaju wskaźnikiem świadomości ekologicznej. „Rzeki, których nie ma” bardziej niż rzekom, wydają się być poświęcone obecnej nadrzecznej refleksji.

Książka Macieja Roberta leży na pograniczu reportażu i eseju o literaturze, stanowiąc dość wyczerpujący przegląd tego, co o rzekach się pisze w prozie i poezji i ułatwiając ustalenie, do którego literata należy jaka rzeka. Pojawia się nawet Jarosław, tutaj (dokładnie na s. 50) obok Reymonta określany jako gigant.

Niewątpliwie w skwapliwie opracowanym katalogu literackich cieków wodnych brakuje Piedry, nad brzegami której na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku masowo siedziano i płakano.

1 Comment

Dodaj komentarz