
Jerzy Andrzejewski, Jarosław Iwaszkiewicz, Listy, wyd. Czytelnik 1991:
Po tylu Jarosławowych lekturach nie spodziewałem się, że któraś zdoła mnie jeszcze poruszyć. A jednak ten, wydany w jedenaście lat po śmierci Jarosława jako pierwszy, zbiór listów jest wyjątkowy.
Kiedy się ukazuje, Jarosław pozostaje wciąż wymazany, nie znamy jego dzienników, w których zresztą o Andrzejewskim padają niewybredne epitety (zapijaczony pederasta), powszechną opinię o Iwaszkiewiczu kształtują Kisielewski i Herling-Grudziński. Łatwo było w niego bić, niby z powodów ideologicznych, ale częściej z małej prywatnej zawiści. Nieistnienie Iwaszkiewicza należy do lat dziewięćdziesiątych, podobnie jak targowisko na stadionie i kieszonkowcy pod Centralnym.
Te listy nie są błahe. I Andrzejewski, i Iwaszkiewicz piszą o rzeczach zasadniczych. Nie ma tu ani miłosnej niepewności, ani domowych historyjek, ani dzielenia się wątpliwościami. Jest oczywiście jakaś czułość, ale z biegiem lat, zmienia się ona w czuły chłód, raczej sięgający w przeszłość niż istniejący w teraźniejszości. Fenomenalne są uwagi Jarosława o powieści „Idzie skacząc po górach”, w którym przedstawia się jako ten, który pierwszy w polskiej literaturze pięknej użył k.rwy (co powiedziałby na to, że powieść Andrzejewskiego wydano w serii beenki Ossolineum w 1998 r. (czyli trzy lata przed wydaniem opowiadań Iwaszkiewicza?).
Piękny jest również fragment jednego z listu osiemdziesięciotrzyletniego Jarosława do sześćdziesięcioośmioletniego Andrzejewskiego, w którym pisze: A co to jest szczęście? Kto może powiedzieć: jestem szczęśliwy? Szczęścia są tylko metafizyczne, ty wiesz (s. 135). Zapisuje to, gdy pomiędzy nimi, dwoma starszymi panami, reprezentującymi dwa sposoby myślenia o polskich sprawach, trwa już zimna wojna. Brzmi jak w buddyjskiej mądrości albo u Koheleta: to, o co się staramy, to, czym żyjemy, to tylko pustka, marność. Cóż nam więc z tego?
Napisać, że opinia Iwaszkiewicza o Andrzejewskim w prywatnych zapiskach jest krytyczna, to nic nie powiedzieć. Czy trwanie korespondencji jest zatem dowodem przyjaźni, jak chce redaktor tomu, Andrzej Fiett, czy raczej staje się formą podszytą fałszem?
Fiett pisze na wstępie: Niełatwa była to przyjaźń, wiele w niej goryczy i poczucia krzywdy. Tym bardziej imponować musi długowieczność, siła i odporność na zmienność losów i postaw (s. 8). Czy na pewno? Chyba lepiej ujmuje to sam Jarosław, próbując wyjaśnić swemu korespondentowi:
Jeżeli minęły czasy, kiedyśmy gadali długimi godzinami, to myślę, że minęły również czasy naszej korespondencji. Wszystko przemija – i to nawet jest zajmujące, śledzenie tego przemijania i badanie kształtów, jakie przybierają minione przygody, przeszłe przyjaźnie i miłości (s. 141).
To, że przemija przyjaźń – to chyba najsmutniejszy, ale i najważniejszy wniosek z lektury tych listów, które pozwalają prześledzić jej cykl wzrostu i obumierania. W którym jesteśmy momencie?
