
Sylvie Simmons, Serge Gainsbourg, tłum. Ewa Penksyk-Kluczkowska, Marginesy 2012:
Ta biografia w tym kształcie nie mogłaby się ukazać dzisiaj po dwudziestu dwóch latach. Nikt odważny nie podjąłby się jej tłumaczenia. Jej bohater doskonale (i z premedytacją) nadaje się do zdemaskowania i potępienia, a następnie wygumkowania. Święte oburzenie byłoby większe niż to, które wyraziła Stolica Apostolska po słynnym duecie pojękującym o miłości. To, co określa się sarkastycznie dziadocenem, ma w S.G. idealną egzemplifikację.
Nie ukrywa tego ani bohater, ani autorka. Mizoginia, seksizm, przemoc fizyczna (na głowie pierwszej żony zdarzyło mu się rozbić obraz) i psychiczna, różne formy molestowania i wykorzystywania – wszystko to odnajdujemy na stronach książki bez żadnego potępienia, za to z licznymi usprawiedliwieniami (wielkim artystą był). Model rodziny Gainsbourgów – o, zgrozo! – był do bólu patriarchalny: to że Serge kontrolował świat, nie podlegało dyskusji, na pewno nie dopuszczał do siebie myśli, że dyskutować na ten temat ośmieliłby się ktoś z jego haremu – maleńka Charlotte, średnia Kate czy Jane (s. 166). Tak jak to opisuje Ernaux: rewolucja obyczajowa sześćdziesiątego ósmego nie zmieniła miejsca kobiet w społeczeństwie.
Oczywiście najcięższym oskarżeniem jakie można wytoczyć przeciw S.G. dotyczy jego zachwytu nad nimfetkami, bo w ten sposób – idąc za Nabokovem, którego powieść chciał sfilmować i wbrew mglistym eufemizmom biografii – należy o nich pisać. To ów zakazany zachwyt, balansujący na granicy mizoginii i dobrego smaku, pojawia się w kolejnych romansach, tekstach i pomysłach, których punktem kulminacyjnym pozostaje „Lemon Incest” nagrany z czternastoletnią córką, Charlotte, i towarzysząca mu sesja zdjęciowa w duchu Davida Hamiltona (fotografa, którego do samobójstwa w 2016 roku doprowadzą demaskacje i oskarżenia).
W 2019 roku – na fali #metoo – Charlotte stanęła w obronie ojca, wypowiadając się w wywiadzie: sądzę, że dziś mój ojciec byłby potępiany za każdy swój ruch. Wszystko jest tak bardzo politycznie poprawne, tak nudne, tak przewidywalne a każdy lęka się o to, co się stanie, jeśli pójdzie o krok za daleko (1). Wygumkować S.G. jest stosunkowo łatwo, może nawet łatwiej niż w wypadku Gabriela Matzneffa: raz na zawsze pozbyć się jego zachwytów.
Słucham „Historii Melody Nelson”, i przeglądam fotografie S.G. i Jane Birkin. Oczywiście można to wszystko skazać na niebyt albo czyściec. Zamiast bezkrytycznej (aż do absurdu, bo tekst mówi sam za siebie) książki Simmons, napisać opowieść o potworze, który na dodatek wszystkich swoich okropności, palił gitane’y w hurtowych ilościach.
[Whitney. Szkic
Kiedy owego lutowego kalifornijskiego popołudnia naćpana leżała w wannie (a w jej tętnice serce tłoczyła zamiast krwi kokainę), czy wówczas, a był to ostatni moment jej życia, ten, w którym przelatuje ono przed oczyma, nie żałowała, że wtedy w Paryżu nie zer…ł jej ten bezczelny pijany Francuz? Że uniosła się świętym oburzeniem, nie stając się kolejną Brigitte Bardot albo Jane Birkin? Śniąc o nim nie zauważa nawet, że woda podnosi się, wpływa do jej ust, nieuchronnie wypełnia płuca.]
Przypisy:
