Mirosław Tryczyk, Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć

Studiując dziedzictwo myśli narodowej

Jak daleko można wyjechać w emigracji wewnętrznej, żeby z dystansu spoglądać na to, co się dzieje koło ciebie, przy tobie? Otóż powstał specjalny instytut badania dziedzictwa myśli narodowej, dlatego zacząłem czytać ciężką do lektury książkę Mirosława Tryczyka, studiując – a jakże – to dziedzictwo, a także historię żołnierzy wyklętych.

Wydawało się, że siedemdziesiąt pięć lat po wojnie myśl narodowa to ostatnie, co może przyjść na myśl. Myśl narodowa po Holokauście jest jak diaboliczny uśmiech Jokera. Jedyne, co warte zastanowienia, to ciągłe przypominanie do czego prowadzi. Zresztą równie dobrze można, z bliższych czasów, studiować dziedzictwo serbskiej myśli narodowej, chociażby w Srebrenicy albo dziedzictwo myśli etnicznej Hutu.

Myśl narodowa tymczasem wraca od dobrych paru lat: buduje instytuty, przyjmuje ustawy, panoszy się jak zaraza w spokojnym dotychczas mieście Oran-Wuhan. Mówi Andrzej Seweryn i nie sposób się z nim nie zgodzić: Teraz Polska jest prawdziwa. Wszystkie karty zostały wyłożone na stół. Jesteśmy tacy jak od trzech, czterech lat.

Życiorysy sprawców z „Drzazgi” w gruncie rzeczy są do siebie podobne. To, co się w nich przewija to narodowa demokracja, Obóz Narodowo-Radykalny i Narodowe Siły Zbrojne. Ideologia narodowego katolicyzmu, w którym antysemityzm spod znaku ojca Kolbego łagodnie łączył się z sąsiedzką nienawiścią. Do tego zmowa niepamięci, rzecz wcale nie rzadka: od razu przypomina sobie człowiek sprawę Jana Sojdy i ten autobus wigilijny jeżdżący po ciałach na śniegu.

Bo „Drzazga” to przecież nic nowego. Było już „Pokłosie”, był Grynberg: odpowiedzią jest zaprzeczanie, święte oburzenie, artykuły i ustawy, rosnąca agresja. Laboratorium stał się dla mnie stosunek do uchodźców: czy mogli mordować (i to jak w Rwandzie prawie gołymi rękami)? Tak, wiemy, że mogli.

Gdy ogrom dziedzictwa myśli narodowej przeraża, czytelnicy (są wśród nich nawet ci, których bardzo cenię) zaczynają doszukiwać się słabości – dajmy na to – w metodologii badań. Wydaje się jednak, że to jeszcze jedna próba zaprzeczenia, obrony swojego dobrego samopoczucia, taka z gruntu obiektywna. Gdy runą inne, pozostaje mur krytyki źródeł. O Polsce jak o umarłym: albo dobrze albo wcale – zanotowałem kiedyś.