Dziennik pisany w październiku (odc. 3)

24.

Pasowanie. Białe rajstopki i czarne spodenki. Tak uroczyście, że dzieci milczą. Oddajemy je dziś smokowi (którego zowią też Lewiatanem), smok rozdaje małe pieski i czekoladowy tort.

25.

Wierny towarzysz. Pan od zbierania tłuczonych skorup – nazwałbym go archeologiem, ale jest nieprzyjemnym typem z lawetą i kabiną wypełnioną wieloletnim dymem – zabiera coś, co było naszym samochodem, ale teraz nie jest ani naszym, ani samochodem. A przecież inaczej traktujemy samochód, a inaczej widelec albo poduszkę: auto mniej ma z narzędzia, a więcej z podmiotu, stając się machiną wspomnień.

Kiedy odwoziłem M. na lotnisko (tutaj).
Kiedy utkwili w śnieżycy na Wielkanoc (tutaj).
Kiedy się niepokoili, a potem byli szczęśliwi (tutaj).
Kiedy się jechało i wracało w sierpniu do szpitala.

26.

Znaki. Przez stoliki kawiarni przebiegł biało-rudy kot z niebieską obróżką. Wybiegłem za nim z kawą, ale zniknął. Przywidział się?


(Sofia Nalepińska-Bojczuk, Pacyfikacja Zachodniej Ukrainy (fragm.), 1930, Narodowe Muzeum Sztuk Pięknych Ukrainy w Kijowie)

Awangarda i państwo. Muzeum Sztuki w Łodzi. Należy się cieszyć, że można znaleźć jeszcze ekspozycje opowiadające o Drugiej Rzeczypospolitej, których nie dotknęli propagandyści Instytutu lub miłośnicy historii patetycznej. Dla uczczenia stulecia do muzeum najlepiej wybrać się do Łodzi, bo dość odważnie opowiada się w niej o rządach pułkowników, prześladowaniu mniejszości narodowych czy więźniach politycznych. Wszystko to zilustrowane jest dobrą sztuką, czasem wygrzebywaną przez kuratorkę z litewskich i ukraińskich zakamarków. Część eksponatów to prawdziwe – dla mnie – odkrycia. Świetne są chociażby grafiki czy polski ekspresjonizm grupy „Bunt”. Trochę inaczej na drugim piętrze opowiada się o sztuce powojennej, ale i tu znaleźć można miejsca przykuwające uwagę (choćby slajdy z akcji artystycznej z Lu. z 1977 r., bardzo dużo ujęć mieszkańców trzy lata przed moją erą).

Sztuka powinna być krytyczna wobec rzeczywistości – twierdzi autor bloga. Sztuka pochlebców bardzo szybko staje się własną karykaturą (spójrzcie na Jana Pietrzaka). I jeśli o Polsce coś nowego można powiedzieć po tej wystawie, to to, że opisuje ją najlepiej historia pomnika Mickiewicza w Wilnie:

Pronaszko podjął nieudaną próbę stworzenia monumentalnego pomnika poety w Wilnie. Zrealizowany z pomocą wojska w 1922 roku w postaci wielometrowej drewnianej makiety [na zdjęciu widzimy po prawicy wojskowych, po lewicy – cywili a u podnóża makiety – marszałka], nie doczekał się realizacji i spłynął do Wilii podczas powodzi w 1938 roku.

Wernisaż. Przeżyłam śmierć we śnie – mówi emerytowana artystka emerytowanemu artyście nad czerwonym winem, do którego trudno się dopchać.

27.

Przypadek. Spodziewał się wydrążonych dyń, rydzów się spodziewał, nawet ostatnich – zawsze są jakieś ostatnie – malin i pierwszych pomarańczy, ale nie S. z dziećmi. Przecież prawdopodobieństwo spotkania w Warszawie kogoś, kto był ważny w Lublinie, jakieś dwadzieścia lat temu (sprawdzić dla pewności dziennik) jest bliskie zeru.

28.

Czego uczą nas ptaki? Jestem bardzo głodny – powiedziało Dziecko, po tym jak zobaczyło, że sikorka i wróbel urządziły sobie śniadanie w świeżo wystawionym karmniku na Dziecka parapecie.

Barwy narodowe. Bez samochodu, w plusze, podróż do arkadii (szczęście, że dziś czynna) jest prawdziwym wyzwaniem, a jeszcze wieczór zapada rychło (siedemnasta już noc). Stoimy teraz w kałuży pod wielką biało-czerwoną flagą. Pada. Czerwona jest od pomidorka, a biała od twarożku.

29.

Liść. Jesień spadła gwałtownie na miasto, które we mgle (smogu?), ciemności i deszczu skurczyło się do postaci wymiętego liścia.

30.

Pożegnanie cioci Angeli. Otóż całe świadome życie autora bloga – okazuje się – można opisać za pomocą trojga niemieckich kanclerzy. Tych z CDU lubiłem bardziej. Najpierw Kohl – dzieciństwo, pani G. z NRF przywozi mi pomarańczowego resoraka i kalendarz adwentowy, który zjadam w całości, bo nie wiem o co chodzi z tymi czekoladkami – trzyma Mazowieckiego za drobną dłoń (każda dłoń jest drobna w porównaniu z dłonią Kohla), później Schröder, a potem dorosłość, czyli Merkel.

31.

O diable i warzywach. Owszem wydrążyliśmy. Trudno się bać, w epoce po Holokauście, Gułagu i Rwandzie, diabła co tkwi w dyni.

O śmierci i cukierkach. Dwie śmierci, czarnoksiężnik i chłopiec z plastikowym workiem zapukali po cukierki koło dwudziestej. Znam go – powiedziała młodsza śmierć – chodzi do maluszków w naszym przedszkolu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s