
(Zbigniew Herbert w „Tygodniku Solidarność”, w którym wygłaszał swoje filipiki, 11 listopada 1994 r., fot. Tomasz Gutry, źródło: tysol.pl)
Osiemsetna strona drugiego tomu. Dwa miesiące życia w cudzym życiu. Po co? – spytał ktoś na schodach. Nie wiedziałem.
(Z cytatów wynotowanych: Paręnaście lat później podobną historię opowiedział Herbertowi Max Frisch, wspominając, jak żył przez trzy lata z dziewczyną tak młodą, że patrząc na nich, każdy kelner wiedział od razu, że to się nie może udać (s. 219)).
Jeśli zastanawiałem się, co się stało z kolegą Teda Hughesa i Maxa Frischa, kochankiem Angeliki Hauff i ulubieńcem rozlicznych Rundfunk, że pozostały z niego tylko dwa cytaty, tutaj – około strony osiemsetnej – znajduję odpowiedź. Starość, choroba, niedołęstwo: Herbert dokonuje tego, na co samo porwał się przed swym samobójstwem Edward S. – zrywa przyjaźnie (a przecież przyjaciół się nie robi, oni się zdarzają (nie zawsze) w życiu, s. 403), atakuje wydawców, chowa się w świecie swoich lęków i uprzedzeń. W takim stanie nietrudno stać się wieszczem radykalnej prawicy, zalęknionej i uprzedzonej, co odczuwamy szczególnie dzisiaj, kiedy lęki i uprzedzenia stały się polityką państwa (piszę na gorąco: schorowany umysł Herberta jako metafora szaleństwa prawicy, tyle że poeta naprawdę był chory).
(Z cytatów wynotowanych: w szkicowniku zaś pojawiały się karykatury laureatki [Szymborskiej], która na nartach, z miotłami zamiast kijków, brała udział w „kombinacji szwedzkiej” (s. 671)).
W 1999 r. przeniosłem się do Warszawy. W pierwszym warszawskim listopadzie pojechałem na Powązki, na grób Herberta.
