Jerzy Pilch, Indyk beltsville. Opowiadania zebrane, Wyd. Literackie 2016

Pech i szczęście zarazem, że czytam Pilcha zaraz po dziennikach, co to mi dużo czasu zajęły i powieścią na miarę Pilcha być powinny, choć się nie stały. Obaj rozbieraliśmy wzrokiem, ale to on perfekcyjnie to opisał (kilkakrotnie zresztą go ostatnimi czasami cytowałem).

Cel mieliśmy ten sam: zyskać sławę i zostać pisarzem, zamieniając w literaturę swoje życie, tudzież życie bliźnich. Manewr stosowany również przez Jarosława: nie bujamy w abstrakcjach, swoje przeżycia zamieniamy w przeżycia bohaterów, familię lekko poodrysowujemy, żeby pasowała do fabuły i już sława nam i chwała. Pilch momentami robi to ekshibicjonistycznie: łatwość stania się bohaterem jego opowiadania powinna odstraszać kogokolwiek od bliższych z nim kontaktów. Wiem, wiem, oczywiście narracja to nie życie, ale czyjeś te historie są, ktoś się w nich rozpoznaje, charakterystykę postaci literackiej ktoś przed lustrem ogląda.

On perfekcyjnie to opisał, bo miał co opisywać. Dzienniki okazały się dziełem zupełnie fantastycznym, dziejącym się w świecie wyobrażeń, a katolickiemu purytanizmowi jego autora gdzież tam do tego luterskiego. O niebo cięższe grzechy i przed grzechami obawa! Nawet już z czasów późniejszych prawo Sz. o szczęściu i nieszczęściu (tutaj) srogość predestynacji przebija, do wyrzutów sumienia prowadzi.

Dodaj komentarz