Dziennik. Leonard Cohen

900pxLeonard_Cohen_21811_400x400

(Leonard Cohen, 2008, źródło: Rama, wikimedia.org)

Zgubne skutki pisania dziennika nazajutrz. O szóstej rano zaczyna się zima, na razie lekka, czytam: Leonard Cohen dies at 82. Okazuje się więc nieważne to, co chciałem zapisać wczoraj (wiedziałam, że moje urodziny były beznadziejne – mówi A. – ale, że aż tak).

Nie będę rozpisywał się, co znaczył dla mnie Leonard C., bo na tym blogu pojawiał się wiele razy. Przepiszę po prostu fragment i pójdę słuchać dalej, po cichu, żeby nie obudzić Dziecka.

Moja prywatna biografia Leonarda Cohena:

Na początku był magnetofon szpulowy. Cały pasjonujący obrządek podłączania go do głośników, wyciągania podpisanych drobnym pismem taśm z szafki, nawlekania ich, a następnie ten chropawy dźwięk, pisk, kiedy gałką przesuwało się w przeciwną stronę, i ten niedający się zapomnieć głos: It’s four in the morning, the end of December. Próbuję sobie to ułożyć w głowie, ale chyba momentem, który najbardziej zmienił mój dom, był ten moment, gdy muzykę zastąpił kolorowy telewizor z satelitą. Zresztą wtedy nikt już nie słuchał taśm, a potem nikt już nie słuchał płyt (ten obrządek, z uwagi na konieczność dbałości o igłę i nieporysowania powierzchni, był jeszcze bardziej uroczysty z użyciem opuszek palców i cieniutkiego pędzelka). A potem można było słuchać wszystkiego, ale już się nie chciało słuchać, bo taki był wokół hałas niemiłosierny. Wraz z telewizją o wielu programach, cisza umarła. Nawet nie wiecie jak tęsknię do tamtego domu, do taśm z Cohenem, Pink Floydami i Astrud Gilberto, nie mówiąc już o winylach z Bachem i Skaldami.

Wiele lat później, spotykaliśmy się na randki z A. Jechało się zaraz do Wa., pociąg był zapchany, czasem spotykało się innych migrantów, na dworcu zwykle był tłum odprowadzających i odjeżdżających, a pociągi, od tamtych czasów niewiele się zmieniły, to akurat łatwo sobie wyobrazić. Wiem, więc nie polecam. Piliśmy z A. herbatę i słuchaliśmy A Thousand Kisses Deep. Była jesień, zima dwa tysiące pierwszego, a potem jeszcze kilka pór roku. My, a w tle Leonard Cohen. (Pisałem już o tym. Nie jest tak, że wyłącznie słuchaliśmy Cohena, nie twórzmy jakichś muzycznych legend, ale to Cohen ma być w tle na tym obrazku. Później, pierwszy rok razem na Saskiej Kępie, będziemy słuchać Arethy Franklin i słońce będzie wpadało do pokoju, zawsze w tym miejscu dopowiada to A.)

Tego listopada, kiedy zmarł, umieściłem na facebooku nagranie „Pieśni miłości i nienawiści”, gdzieś z lat siedemdziesiątych. Słuchaliśmy jak zaczarowani w wieczór Wszystkich Świętych. Nagłe poczucie, że w tej codzienności, która nęka i czyni nas kamieniami, da się odnaleźć piękno. Leonard Cohen jako kamizelka ratunkowa (10.11.2016).

(Dopisane: okazało się, że jednak nie w urodziny A.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s