Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz, WAB 2015

Mam słabość do wysp, wiecie już zapewne. Zwłaszcza takich, co mają w godle trzy połączone nogi. W przypadku wyspy Man nazywa się ono triskelion, w przypadku wyspy, która na tym blogu jest po prostu Wyspą trinacria.

Reportaż Dionisiosa Sturisa czyta się miękko i bez problemów. Może nie zachwycam się wykwintnością stylu, ale jest to książka ciekawa, dająca dużo wiedzy, a równocześnie osobista. Już pierwsze akapity są dla mnie, miłośnika owoców morza (pochwal się, hedonisto!) odkryciem. Miałem dotąd dosyć proste wyobrażenie, że małże – hop, hop – wpadają do rosołku albo białego wina. Obawiam się, że jeśli A. przeczyta ten rozdział, to długo małży nie zjemy.

Tam, gdzie książka robi się najbardziej osobista, staje się piękna. Rozdział trzynasty jest elegią prozą. Czytany był w radiu i tam go usłyszałem, ale czytany samemu wzrusza chyba nawet bardziej tym dojmującym poczuciem straty. Autor książki dobrze wie: czasem nie trzeba wielu słów, czasem wystarczy niedomówienie.

Dodaj komentarz