Ludwik Wiśniewski, Blask wolności, Tygodnik Powszechny 2015

Czy ojciec Ludwik Wiśniewski przybija tezy do drzwi w Wittenberdze? 

Każdy, kto by się spodziewał w tej małej broszurce zbioru chwytliwych haseł, tak popularnych w publicznym dyskursie o religii i religijności, srodze się zawiedzie. „Blask wolności” nie ma w sobie nic z publicystyki, jest małym traktatem teologicznym o klarownej strukturze wywodu i języku wymagającym myślenia, sięgającym do Tomasza i Ockhama. Nie jest pismem doraźnym, raczej jeszcze jednym głosem w fundamentalnym sporze na temat ludzkiej wolności, który toczy się od średniowiecza. Nie da się go więc czytać ad hoc, trzeba, za to, zauważyć w nim umiłowanie Kościoła, którego członkowie – jak pisze w liście do argentyńskich teologów Franciszek – nie mogą pozostać ani chodzącym muzeum teologicznym, ani gapiami. 

Zasadnicza myśl ojca Ludwika opiera się na następującym wnioskowaniu. Z przesłanki, że wola człowieka ma naturalną skłonność ku dobru, wywód prowadzi do wniosku, że w dzisiejszej teologii moralnej należy uznać autonomię indywidualnego sumienia: Człowiek sam poznaje, sam pragnie i sam decyduje o spełnieniu moralnego aktu. Nikt go w tym nie może zastąpić, nawet Bóg (brzmi jak przytaczany ostatnio fragment z niedzieli). Wniosek ów ma konsekwencje zarówno na poziomie teoretycznym (uznanie racji Tomasza z Akwinu w sporze z Bonawenturą), jak praktycznym (sumienie będące w kolizji z Magisterium nie musi być błędne!) Trudno się nie zgodzić z ostatnim zdaniem, zwłaszcza gdy myśli się o etyce dotyczącej rozrodczości (tak popularny w refleksji polskich biskupów wątek etyki i moralności „łóżkowej”). Ojciec Ludwik odwołuje się w tym miejscu do metafory drogi i coraz lepszego, ale wciąż niedoskonałego odczytywania Bożej myśli w dziejach, powtarzając, że Duch Święty wciąż działa w Kościele, nie tylko w tym hierarchicznym. Chociaż żadna z tych tez nie jest – w perspektywie historii teologii – czymś nowym, to na pewno przyda się ich powtórne odkrycie w polskim, dusznym Kościele.

Mam problem z Tomaszem i naturalną – według niego – skłonnością do dobra. Ojciec Ludwik jest tutaj optymistą, podczas gdy ja optymizm, co do natury ludzkiej, tracę stopniowo acz konsekwentnie. Sęk w tym, że cała konstrukcja wywodu z „Blasku wolności” oparta jest na tym fundamentalnym założeniu. Jeśli przyjąć postawę pesymistyczną (wszyscy jesteśmy zwierzętami), konieczne wydaje się obłożenie stanu ludzkiej natury zakazami i nakazami oraz uznanie, że bez nich człowiek nie zdoła rozpoznać i wybrać dobra. A wtedy odkrywam swoją własną niekonsekwencję, bo powinienem stanąć w jednym szeregu z Terlikowskim. Więc może jednak się mylę? Wolałbym się mylić.

1 Comment

Dodaj komentarz